OWCA Z WIDOKIEM — miejsce otwarte na twórcze formy ekspresji

DZIEŃ HALI

Tego dnia Hala wstała rano i uśmiechnęła się do lustra, które uśmiechnęło się do niej odbiciem pięknej dorosłej dziewczynki czym zasugerowało, że Hala nie jest wystarczająco uśmiechnięta. Hala poprawiła się, uśmiechnęła się szerzej, a lustro puściło do niej oko na znak, że ten uśmiech był w porządku. Hala poszła do łazienki i umyła zęby szczoteczką bardzo twardą. Szczoteczka mocno się przyciskała, szorowała mocno i w ogóle była mało przyjemna, ale, jak powtarza mama Hali, czy higiena osobista powinna być przyjemna? Hala przytaknęła mamie w myślach i wypłukała usta. Potem uczesała włosy szczotką rozdzierającą kołtuny i krzyczącą na Halę, że co ona robi z tymi włosami, jak ona o nie dba?! Hala przeprosiła szczotkę, potem wróciła do pokoju i ubrała się. Choć ubrała się, to za mało powiedziane. Hala stanęła przed szafą, która sugerowała jej same najlepsze ubrania, najpiękniejsze i najbardziej wystrzałowe.

– To tylko śniadanie… – powiedziała cicho Hala, ale szafa nawet nie chciała o tym słyszeć. Śniadanie czy wystawna kolacja, co za różnica?!

– Co za różnica?! – darła się szafa, a Hala przymierzała bluzki, spodnie, sukienki w kwiaty i w prążki. Spódnice plisowane i proste. W końcu szafa była zadowolona, kazała przejść się Hali po pokoju, uśmiechnąć szeroko do lustra, które z ociąganiem, wahaniem, stękaniem, w końcu zaakceptowało dzisiejszy strój Hali. Hala mogła zejść na dół, na śniadanie.

Na dole, w kuchni, a raczej w kuchniosalonie, mama Hali smażyła naleśniki. Hala uśmiechnęła się szeroko, powiedziała wszystkim dzień dobry i podskoczyła. Mama Hali spojrzała na swoją córkę, uśmiechnęła się krótko i wróciła do smażenia naleśników. Natomiast tato Hali zupełnie na nią nie spojrzał, tylko odpowiedział krótko:

– Dzień dobry, kochanie – i popił te słowa gorzką czarną kawą z poważnego kubka. Wszystko to nie spuszczając z oczu ekranu gazety. Po tych przywitaniach przywitały się z Halą telewizor, stół, szafy, szafki, krzesła, regały i właściwie wszystko, co było w kuchni. Hala usiadła przy stole, a na jej talerzu wylądował gorący i gruby naleśnik. Mama Hali polała go słodkim syropem, dodała białego serka, a na wierzch przykryła kolejnym naleśnikiem. Naleśniki uśmiechnęły się do Hali kusząco, a Hala uśmiechnęła się do nich, a także do mamy. Jednak mama zajęta była smażeniem kolejnych grubych placków, w czym towarzyszyła jej gadatliwa patelnia i wiecznie wesoła kuchenka.

Hala tak naprawdę nie lubiła naleśników. Wiedział o tym tylko miś Hali, ale jego tu nie było – został w pokoju Hali, głęboko pod poduszką. To była kara za to, że ostatnio powiedział przy stole, że Hala woli jajko od naleśników, a nawet parówkę od naleśników. I nawet, o zgrozo!, po prostu kawę, z mlekiem, zamiast naleśników i tej okropnej herbaty! Miś Hali omal nie skończył na śmietniku. Hala uratowała go z wygnania przysięgając koszowi na śmieci, że Miś już więcej nie będzie tak mówił. Na dowód tego Hala zaszyła Misiowi usta. Od tej pory Miś tylko mruczał do Hali. A to mruczenie czasem było głośne, czasem krzykliwe, a czasem przypominało jakąś smutną piosenkę. Hala jednak nie chciała o tym myśleć. Hala postanowiła, że zje wszystkie naleśniki. I zjadła wszystkie naleśniki.

– Pyszne naleśniki, mamo – powiedziała Hala, a patelnia zawołała uradowana, że super, że się cieszy, że no widzisz, Hala jest świetną córką, tylko trzeba dać jej szansę. Mama uśmiechnęła się do Hali, ale szybko zajęła się gotowaniem obiadu. Uwielbiała gotować obiad z przystojnym robotem kuchennym, który z nią plotkował, a nawet zdawało się, że czasami delikatnie flirtuje.

– Nauczyłam się wczoraj całego angielskiego, tato – powiedziała Hala, a po chwili dodała: – I połowy francuskiego.

Tato Hali podniósł na nią wzrok, w którym mocno i wyraźnie odbijały się najważniejsze informacje ze świata finansów oraz polityki wewnętrznej. Tato Hali przyjrzał się córce, a potem pokiwał głową ni to z uznaniem, ni z dezaprobatą. Hala uśmiechnęła się do taty najpiękniej jak umiała, ale on już tego nie widział, bo wrócił do swojej gazety, która rozbawiła go jakąś gorącą informacją.

Wtedy odezwała się mama Hali:

– Słyszałam, że córka sąsiadów jeździ pięknie na łyżwach.

Mama Hali powiedziała to trochę do taty Hali, ale chyba tak naprawdę do robota kuchennego. A jak już to powiedziała, to potem tak jakoś westchnęła. Tak głęboko, tak… jakby marzyła o takiej córce. Tak, to właśnie zobaczyła Hala w oczach swojej mamy, usłyszała w głębokim westchnieniu i spojrzała na swoje ręce, na swoje bose stopy, a potem wróciła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku i próbowała się nie rozpłakać, ale nie mogła powstrzymać tej jedynej łzy, która wypłynęła jej z oka, a potem kapnęła na rękę i spojrzała stamtąd na smutną Halę.

– No weź, Hala, no weź się nie smuć. Coś zaradzimy! Razem na pewno się uda! – krzyknęła łza, a Hala strząsnęła ją z dłoni i weszła na wagę, która przywołała ją wyraźnym, nie znoszącym sprzeciwu, sygnałem.

– Spadłaś! – rzuciła oschle waga i Hala zadrżała ze zgrozy. Spojrzała w dół. Na podziałce wartości wyraźnie ubyło. Nie musiała tego sprawdzać, czuła to doskonale, ale waga uwielbiała jej dokuczać.

– Czujesz się mniej wartościowa? – zapytała złośliwie waga, a Hala nie mogła uwierzyć. Przecież nauczyła się całego angielskiego, przecież połowy francuskiego… przecież się uśmiechała, przecież umyła zęby, przecież się ubrała, zjadła, była miła, pochwaliła mamę, podziękowała…

– Zrobimy to razem! Pomogę ci! – krzyczała gdzieś z podłogi wysychająca łza. I wtedy Hala po raz pierwszy poczuła, że musi to zrobić. Musi, w końcu musi…

Podeszła do łzy, wzięła ją na dłoń i przyłożyła do ucha, a łza szeptała coś zawzięcie, tak zawzięcie, że na buzi Hali pojawił się uśmiech, którego jeszcze chyba lustro nie widziało. Był to uśmiech jasny, szczery i tak piękny, że żarówka w lampie sufitowej musiała przygasnąć, by oddać miejsca blaskowi uśmiechu Hali.

– Tak, zrobię to! – krzyknęła Hala do łzy i wyjęła z szafy starą kurtkę i mimo wściekłych protestów szafy narzuciła kurtkę na siebie. A potem wybiegła z pokoju, zbiegła do garażu i znalazła swoje śpiące od roku łyżwy.

A potem wszystko potoczyło się jakoś szybko. Tak szybko, że ci co mogli patrzeć (na przykład okna), tylko patrzyli, a ci co mogli podziwiać (na przykład ptaki), podziwiali.

Hala zbiegła na dół, do jeziora. Tam założyła próbujące obudzić się łyżwy i natychmiast wskoczyła na lód. I tam Hala po raz pierwszy od nie wiadomo jak dawna po prostu zaczęła jeździć. A jeździła tak, jak umiała. Trochę niezdarnie, trochę koślawo, ale za to dokładnie tam, gdzie chciała – od trzcin do drugiego brzegu i z powrotem.

Mama przerwała fascynującą rozmowę z robotem kuchennym o ostatnim odcinku ulubionego serialu i spojrzała przez okno.

– Co ta dziewucha robi? – powiedziała i kąciki jej ust wygięły się wyraźnie ku dołowi. Pokręciła także nieznacznie z dezaprobatą głową. – Przecież nie będzie lepsza od córki sąsiadów. Niech się nawet nie wygłupia.

Tato Hali też spojrzał na jeżdżącą po jeziorze córkę, ale zaraz wrócił do czytania.

A Hali zupełnie nie zależało na tym, co rodzice na to powiedzą. Hala chciała to zrobić dla siebie – w końcu pojeździć po jeziorze, o czym marzyła od dawna. I w końcu przez chwilę nie przejmować się wagą, lustrem, misiem czy szafą. Marzyła, by jeździć i jeździć. W tę i z powrotem.

A wtedy tato podniósł głowę i właśnie nabrał powietrza, żeby stwierdzić, że od kilku dni jest odwilż. Ale nie zdążył, bo właśnie pod Halą z wrednym trzaskiem załamał się złośliwy lód. I w jednej chwili Hala na zawsze zniknęła w lodowatej wodzie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *