Na pewno nie zatrzymałabym się, bo nie zabieram autostopowiczów, zwłaszcza na odludziu, w deszczową jesienną noc. Ale ta jaśniejąca aureola mnie zastanowiła. Był przemoczony i wsiadając zahaczył koroną cierniową o podsufitkę, co nieco mnie zirytowało. Nie przeprosił. Drżał, a że miał na sobie jedynie brudną tunikę, moja irytacja przeszła szybko we współczucie. Podałam mu koc, który leżał na tylnym siedzeniu, a on zakrył się nim po szyję. Coś wymamrotał, ale że nie zrozumiałam, powtórzył, że nie jedzie daleko, tylko do dolnej Spalonej. Pod krzyż.
Jechaliśmy w milczeniu. Do krzyża w dolnej Spalonej nie było daleko, zaledwie kilka kilometrów, kilkadziesiąt ostrych zakrętów. Przyglądałam mu się z ukosa, kiedy wycierał się kocem (moim ukochanym kocem!) i poprawiał delikatnie koronę, tak jakby się bał, że ją zgubił. Zapytałam, czy nie chciałby napić się gorącej herbaty. Przytaknął i przyjął z wdzięcznością mój termos. Kiedy pił pomyślałam, że to musi mi się śnić, albo że to jakiś przebieraniec, bezdomny, czy włóczykij, którego tylko ja mogłam spotkać na pustej drodze pomiędzy Nową Bystrzycą a Spaloną, w środku nocy, w połowie października. I tylko ja mogłam go zabrać, bo w końcu kto inny mógłby zabrać Jezusa łapiącego stopa w tej okolicy?
Na Przełęczy Spalona nieznacznym ruchem dłoni wskazał w prawo, choć musiał wiedzieć, że dobrze znam drogę do dolnej Spalonej, przecież mieszkam tu od lat, i choć właściwie częściej mnie nie ma, niż jestem, to są to moje „śmieci”.
Skręciłam. Wąską, krętą drogą zaczęłam zjeżdżać ostro w dół. Minęłam kilka starych budynków, tak starych, że zawsze myślałam o nich ciepło i z tęsknotą, minęłam zagrodę z koniem i po najwyżej dwóch minutach zatrzymałam się przy krzyżu. On skinął tylko nieznacznie głową. Nie spojrzał na mnie, choć czułam, że jest mi wdzięczny. Otworzył drzwi i wysiadł.
Lało jeszcze mocniej. Kiedy zawracałam w światłach mojego vana ukazał się jeszcze jeden z aureolą i koroną. Widziałam, jak podeszli do siebie i serdecznie się przywitali. Zamarłam i nie mogłam oderwać oczu od tego obrazka: dwóch Jezusów, wpadając sobie w ramiona, witając się wylewnie i niemal z braterską czułością nagle znieruchomiało. Ich głowy, zwarły się ze sobą w jakimś absurdalnym uścisku i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że obaj splątali się swoimi koronami.
Próbowali rozplątać się ostrożnie, delikatnie, ale dość szybko okazało się, że korony nie puszczą łatwo. Prawdę mówiąc, nie puszczą wcale, tym bardziej, że Jezus, którego wiozłam próbował uwolnić się coraz bardziej chaotycznymi ruchami. A Jezus miejscowy (tak go nazwałam w myślach) gestykulował, stękał i za wszelką cenę chciał uspokoić autostopowicza.
Nie wiem, kiedy wysiadłam i podbiegłam do obu. Wiem, że znieruchomieli, jak dwa ufne jelonki, które splątane porożami rozumiały, iż człowiek uwalniający je z potrzasku w tej chwili, w tym momencie, nie jest ich wrogiem.
Poraniłam się, bo korony były ostrzejsze niż się spodziewałam. Ale po kilku długich minutach (lub sekundach) obaj byli wolni. Uśmiechnęli się do mnie. A potem Jezus ze Spalonej, spojrzawszy na mnie spłoszonym wzrokiem podziękował.
– Dziękuję – wypowiedział to słowo dźwięcznym miękkim głosem.
– Vielen Dank – powiedział drugi Jezus i przedstawił się: Ich bin Jesus aus Brand.
Uścisnął mi dłoń, a ja poczułam ciepło. A potem deszcz nagle ustał. A ja usiadłam obok nich, tuż przy cokole krzyża. I słuchałam rozmów prowadzonych po polsku i niemiecku. Filozoficznych sprzeczek, zwykłych ludzkich plotek i żartów, choć, muszę przyznać, momentami śmiesznych do łez a zarazem wyważonych, jak na Jezusów przystało.
Rano obudziłam się w swoim vanie. Za kierownicą. Kiedy podniosłam głowę naprzeciw mnie był krzyż. Pogoda o 7 rano była jak na Spaloną w jesiennej porze przystało – mglista, wilgotna i chłodna. Jezusów nie było. Dopiero po chwili zrozumiałam, że śpią z tyłu: jeden na moim turystycznym łóżku, drugi obok, na podłodze. Tuż obok roweru (jak on się tam zmieścił?).
Przyglądałam im się kilka długich chwil. Aureole nieco przybladły, ale wciąż jarzyły się ciepłym światłem 2700 kelwinów. Korony cierniowe leżały na sobie na półce. Oddychali spokojnie, cicho.
Uruchomiłam samochód, włączyłam kierunkowskaz i ruszyłam do domu. Na śniadanie. Marzyłam o cappuccino i jajecznicy na maśle. I może jeszcze, to prawdopodobnie w związku z pogodą, o gorącym słodkim kakao.
