Mesjasz przyjechał do Owcy w piątek. Na weekend. Apartament zarezerwował przez Booking, dlatego nie od razu go poznałem. Potem, kiedy już się poznaliśmy, pomyślałem, że trochę szkoda, że przez Booking. Byłem przekonany, że tacy jak on rozumieją sytuację, znają się na prowizjach. Ale z drugiej strony pomyślałem, że przecież jako Mesjasz nie może myśleć o wszystkim. Na pewno nie ma głowy do takich spraw. A Booking, co sam przyznał, wiele mu ułatwia. Jest podróżnikiem i takie rezerwowanie noclegów, z niewielkim wyprzedzeniem, jest dla niego po prostu wygodne. Jedzie się przez świat, jak sam mówił, odwiedza się miejsca małe i duże, ważne i nieważne, gdzie załatwia sprawy, rozmawia z ludźmi, trochę sprzedaje — głównie swoje wydawnictwa, rękodzieło, pamiątki — bo za coś musi żyć. I wszystko to w pędzie, w biegu, bo do odwiedzenia zostało mu jeszcze bardzo wiele, zanim go zabiją lub każą zmienić wyznanie, albo w ogóle zaprzeczyć istnieniu Boga lub bogów. Ma więc na tym Bookingu mnóstwo punktów, poziom najwyższy, przez tę ilość podróży i noclegów. I właśnie dlatego, kiedy zameldował się w recepcji, nie rozpoznałem go od razu. Wyglądał jak każdy inny gość. Był zmęczony, mówił cicho, pytał o hasło do Wi-Fi i o to, kiedy może się rozliczyć. Dopiero po chwili dostrzegłem kilka osób stojących na zewnątrz, palących papierosy i pogrążonych w dyskusji. Było to grono mieszane, damsko-męskie, złożone z młodych i starszych. Wszystkich wyróżniał ubiór: dobrze skrojone garnitury, garsonki i spódnice. Wszyscy mieli idealne fryzury i nie było po nich widać żadnego zmęczenia, buty mieli lśniące, a dłonie i twarze gładkie, bez ani jednej zmarszczki.
Kiedy spotkaliśmy się po raz drugi, następnego dnia przy śniadaniu na tarasie, nieznacznym gestem zaprosił mnie do stolika. Grono wyznawców, a może współpracowników, natychmiast przesiadło się do stolików w sąsiedztwie, a my, zostając sami, mogliśmy porozmawiać o sprawach, które żywo nas interesowały.
Właściwie nie wiem, skąd to się wzięło, ale jedząc jajecznicę i popijając ją kawą oraz sokiem pomarańczowym, poruszaliśmy tematy ważne i nieważne. Było o fotowoltaice, pompach ciepła i mnóstwie marnowanej w Polsce energii. Było o Bogu, przyrodzie i elektrowniach na fuzję termojądrową. On wypowiadał się oszczędnie, monosylabicznie, jakby myślami był gdzie indziej, co początkowo interpretowałem jako głęboko myślicielski poranny flow. Dlatego, biorąc niemal cały ciężar dyskusji na siebie, narzekałem wielowątkowo, dygresyjnie, udowadniając, że straciłem wszelką nadzieję na lepsze jutro czy wręcz dziś. On zaś, powoli dosalając jajecznicę i nakładając ją sobie na rozcięte na dwie połowy małe bułeczki z sezamem, posmarowane masłem, popatrując to na hipnotyzujący widok pasm górskich rozciągających się po drugiej stronie kotliny, to na swoje znoszone buty, na których odkrył kilka fragmentów jajecznicy, co przykuło jego uwagę na kilka dłuższych chwil, zmęczonym głosem rzucał od czasu do czasu chrypiące, nieco niezrozumiałe, momentami wręcz bełkotliwe zapewnienia, że dotację na magazyn energii dostanę. Bez dwóch zdań. Muszę dostać. To będzie moje zbawienie, mówił i gryzł pół bułeczki wypełnionej jajeczną substancją, a ja patrzyłem na niego w osłupieniu, nie wiedząc, czy to, co usłyszałem, było żartem, czy powiedziało mu się najzupełniej przypadkowo. Najwyraźniej to drugie, bo wkładając do ust pozostałą część bułki, skupił się wyłącznie na doznaniu smakowym; przymknął z rozkoszą oczy, przeżuwał powoli i w skupieniu. Dopiero wtedy zrozumiałem, że zbyt mu się narzucam. Odsunąwszy cicho krzesło, podniosłem się i, odprowadzany pozbawionymi wyrazu spojrzeniami asystentów czy wyznawców, ulotniłem się z tarasu, zostawiając go sam na sam z kontemplowaniem śniadania. Nie zauważył mojego odejścia.
Po południu, kiedy rozpromieniony wrócił ze spaceru z Jagodnej („Jaką wspaniałą macie tę wieżę!”), spotkaliśmy się w sali. Tym razem był zupełnie odmieniony; wręcz tryskał energią, co, jak sam mówił, zawdzięczał przejażdżce po singeltrackach rowerem elektrycznym, wypożyczonym z lokalnej wypożyczalni. Chciał zamówić piwo. Po golonce dla wszystkich! Krzyczał, stojąc przy barze i domagając się przyjścia obsługi. Tę niezręczną sytuację wzięła na siebie koleżanka z obsługi, tłumacząc Mesjaszowi, że restauracja czynna jest tylko w weekendy, ale nasza woda ze studni o głębokości niemal dziewięćdziesięciu metrów ugasi każde pragnienie.
To go trochę przygasiło. Niespodziewanie stracił rezon. Mamrocząc coś pod nosem, rozejrzał się po sali, a potem ruszył w kierunku ławy z czerwonymi, miękkimi fotelami. Kiedy zapadł się w fotelu, był zaskoczony; nie spodziewał się, że fotel pochłonie go tak przyjemnie, że jego kolana znajdą się niemal na wysokości oczu. A ława odpłynie zbyt daleko, by można było wygodnie postawić na niej szklankę z chłodną, górską wodą.
Kiedy chwilę później usiadłem naprzeciw Mesjasza, zapadając się w bliźniaczym fotelu, Mesjasz zupełnie przygasł. Wydawał się zamyślony, choć to niezbyt precyzyjne określenie. Raczej można by go nazwać bezmyślnie medytującym. Czy po prostu wyłączonym.
Ponieważ jednak nie umiem sobie poradzić z niezręcznymi ciszami, także w tym przypadku, po minucie czy dwóch kompletnego milczenia, moje usta wyprodukowały pytanie, do którego — daję słowo — mózg mój nijak się nie przyłożył.
– Jakie ma pan plany?
Tak, usta wraz z językiem zapytały o plany Mesjasza, a on przebudził się nagle z otępienia i, spojrzawszy na mnie kwaśno, po chwili rzucił tylko niechętnie, że przydałoby się odbudować Świątynię Jerozolimską. Ale właściwie wszystko jest w rękach Boga. On jest tylko zwykłym posłańcem.
Nie chciałem być nieuprzejmy, dlatego wspomniałem, że przecież jest Mesjaszem, i zamierzałem dodać, że to dla nas zaszczyt, że odwiedził te skromne progi, ale przerwał mi wysportowany gość w białym polo ze stolika obok, który od jakiegoś czasu, siorbiąc piwo Lech z zielonej puszki, co jakiś czas na nas popatrywał. Nie mogąc się powstrzymać, na tyle głośno, by usłyszeli go pozostali goście na sali — czytający książki, grający w planszówki — wymachując zieloną puszką, jął energicznie perorować, że przecież był już jeden Mesjasz. Jezus. I było pewnie kilku po nim i przed nim. I żaden nie okazał się skuteczny. Nie stało się lepiej, może nawet nieznacznie się pogorszyło. Ani wojny się nie skończyły, ani zarazy czy kataklizmy. Nie staliśmy się dobrzy! Więc po co tym razem przychodzi?
Mesjasz spuścił głowę, ale tylko przez jedną krótką chwilę odniosłem wrażenie, że jest mu ciężko. Pięć sekund później swoim wzrokiem — czarne niczym smoła tęczówki na tle idealnej bieli gałek ocznych — który nie wiadomo kiedy z zaspanego i rozlazłego przeistoczył się w prawdziwą oczną broń, wwiercał się w agresora w poplamionym piwem polo, którego twarz sczerwieniała od zielonego Lecha i ciśnienia, jakiego dawno na tej sali nie widziano.
– Przyszedłeś nas zbawić? Tak?! – krzyczał mężczyzna z Lechem i w tej samej chwili zerwał się z krzesła. Jego żona bezskutecznie próbowała go uciszyć i usadzić, ciągnąc za poplamioną koszulkę i pasek od krótkich spodni wyprasowanych w kant. – To kiedy nastąpi zbawienie?! No dalej! Mów!
Mężczyzna krzyczał coraz głośniej. Na sali zrobił się szum, kilka osób próbowało go uciszyć, inni przytakiwali słowom awanturnika. Jakieś dziecko zaczęło płakać. A Mesjasz tylko patrzył. Patrzył tym swoim przerażającym wzrokiem, od którego przeszedł mnie dreszcz. Patrzył prosto w oczy awanturnikowi. Wwiercał się w jego oczy. Zdawało mi się, że czarnymi tęczówkami przenika mózg mężczyzny. Przenika myśli i całą jego ludzką istotę. I kiedy byłem już pewien, że Mesjasz powstanie i słowami lub czynem przerwie ten histeryczny wywód, nagle przymknął oczy. I znowu spuścił głowę. Tak, jakby gwałtownie zapadł w drzemkę.
Awanturnik wciąż coś deklamował w swoim obłędnym szale. Udowadniał, że Mesjasze nie są nam już potrzebni. Że poradzimy sobie bez nich sami, instalując na ziemi choćby technologię termojądrową, która da światu bezgranicznie wielką i darmową energię. Wymachiwał przy tym puszką tak gwałtownie, że złotym płynem oblał swoją żonę, siebie i właściwie wszystko wokół. W końcu ktoś, być może jego znajomi, próbując dyskutować z satrapą z puszką, sprytnie wywiódł go za drzwi. A tam już poszło łatwo, bo coś wspólnie tłumacząc, częstując papierosem, pokazując to na Mesjasza, to na innych gości, powoli oddalali się w kierunku pokoi.
Chciałem przeprosić Mesjasza, ale ten uciszył mnie subtelnym — i nieco władczym — gestem dłoni, zanim wydobyłem z siebie jakąkolwiek sylabę. Po chwili wstał i długo rozglądał się po sali, po gościach, którzy ucichli, odwracając wzrok w niezbyt dobrze kamuflowanym braku zainteresowania, a jednocześnie od czasu do czasu rzucając Mesjaszowi ukradkowe spojrzenia. Wyglądało na to, że Mesjasz przemówi, że odezwie się do gości mojego pensjonatu, że za chwilę wypowie coś, na co czekają albo z czego w duchu kpią. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Mesjasz spokojnym krokiem ruszył do bufetu i z dużego słoja wyciągnął trzy imbirowe ciasteczka w kształcie serca.
Kiedy wrócił do stolika, zjadł ciastka jedno po drugim. Dopił kawę, którą jeden z wyznawców nie wiadomo kiedy postawił przed nim na ławie, i, podziękowawszy, wyszedł na taras, gdzie czekający ludzie w garniturach i garsonkach obstąpili go i żywo dyskutując, próbowali przekonać do czegoś. Ten jednak kręcił tylko głową i powoli ruszył w stronę swojego apartamentu. Wyznawcy ciągnęli za nim, pełni energii, zaopatrzeni w telefony i notesy obite czymś, co wyglądało na prawdziwą skórę. Niemal wszyscy, nie zatrzymując się, robili notatki.
W środku nocy obudził mnie dzwonek do drzwi. Ktoś, najwidoczniej w nagłej potrzebie, naciskał guzik elektrycznego urządzenia raz za razem. Zdążyłem tylko wciągnąć spodnie dresowe i na boso zszedłem do recepcji.
Za drzwiami stali kobieta w garsonce i mężczyzna w garniturze. Byli zdenerwowani i jednocześnie bardzo zdeterminowani. W pełnym napięcia pośpiechu tłumaczyli mi, że Mesjasz jest chory. Od godziny wymiotuje i trawi go gorączka. Pytali, czy mam jakieś leki, najlepiej zioła, bo Mesjasz stroni od powszechnych farmaceutyków. Wyznaje ideę naturalnego uzdrawiania i jeśli zdołam znaleźć cokolwiek — właściwie nie jest ważne co, byle wyglądało na zioła i nie było trujące — będą bardzo wdzięczni. Kiedy wróciłem z naręczem suszonej mięty, pokrzyw i innych naturalnych środków, chwycili za nie i, dziękując, zniknęli, nie dając mi czasu na wyjaśnienie, co powinni z tym zrobić.
Wyszedłszy tylnym wyjściem od kotłowni, zobaczyłem Go, jak stoi pod lasem, trzyma się płotu i wymiotuje. Wstrząsały nim drgawki, widać było, że słania się na nogach. Jednak kiedy któryś z wyznawców albo asystentów próbował mu pomóc, chwytając za ramię czy zbliżając chusteczkę do ubrudzonych wymiocinami ust, gwałtownie odtrącał pomoc, wymachując na odlew wolną ręką. Z jego ust wydostawał się głośny jęk, momentami przechodzący w wycie. Z odległości około trzydziestu metrów, pod niebem pełnym gwiazd, za to bez księżyca, nie mogłem dostrzec jego twarzy. Budynek pensjonatu, choć sam dobrze oświetlony, nie emanował wokół światłem jak większość budynków w centrach miast. Otaczające nas lasy i łąki, bez żadnych sąsiadów w odległości kilkuset metrów, gwarantowały pełną ciemność, niemal niezanieczyszczoną cywilizacyjnym światłem. Jednak mimo ciemności, a może właśnie dzięki niej i gigantycznej ilości widocznych nad głowami gwiazd Drogi Mlecznej, zrozumiałem, że w pewnej chwili jego głos wędruje prosto w górę. Nie odbija się od drzew ani od białej ściany budynku. Leci gdzieś tam, dokąd On go wysyła. I choć to, co wydobywało mu się z gardła, było zupełnie niezrozumiałe, to jednak intencja pozostawała jak najbardziej czytelna — potrzebował wsparcia, pomocy. I przede wszystkim chciał komuś powiedzieć, że jest po prostu wykończony.
Zaraz po tych bełkotliwych słowach czy myślach, które uleciały w górę, jedno z okien na poddaszu gwałtownie się otworzyło i poniósł się z niego męski głos. Wulgarnie i chrapliwie rzucił w kierunku Mesjasza prośbę, by ten się w końcu zamknął. Bo wszyscy, a zwłaszcza on, mają dość tych mesjańskich dyskusji, modlitw, śpiewów, które oni przecież wszyscy słyszą. Ludzie chcą spać. Chcą się wyspać, bo są na urlopie. Chcą zwykłego, ludzkiego spokoju, a nie śpiewów i wycia jakichś samozwańczych mesjaszy i ich diabelskiej świty. Jakby chciał mesjasza, to by sobie poszedł do kościoła. Albo poczytał w internecie. Ale on nie chce mesjasza. Co więcej, ma w dupie tego mesjasza i każdego, którego jeszcze spotka. I zatrzasnął z hukiem okno.
A wtedy otwarło się okno dwa okna dalej od okna gbura i kobieta o piskliwym głosie, której z wnętrza pokoju wtórowało ujadanie — prawdopodobnie małego — psa, wykrzyczała, że zamiast tych wszystkich ceregieli mógłby nas przynajmniej zbawić. Więc niech zbawia albo idzie w cholerę. Do diabła czy gdzie ma ochotę. I roześmiała się ze swoich ostatnich słów niczym z najlepszego kawału.
Wtedy Mesjasz nie wytrzymał. Odwrócił się w jej kierunku i wyciągnął dłoń ku kobiecie, która raczej nie mogła jej dostrzec z tej odległości. Gdyby bowiem mogła, śmiech zamarłby jej w gardle. Ta jednak śmiała się w najlepsze, jej pies, najprawdopodobniej jakiś mały, wredny okaz, szczekał nieprzerwanie, a Mesjasz unosił rękę coraz wyżej i wyżej. Jego palce drżały i zaciskały się, jakby dłoń Mesjasza miała za zadanie udusić tę wredną, niewdzięczną babę albo skręcić jej kark. Poczułem, jak przeszywa mnie dreszcz i jednocześnie oblewa zimny pot. I wtedy z lasu dobiegł dźwięk łamanych gałęzi, dudnienie i zbliżające się sapanie. Po chwili spomiędzy zatopionych w ciemnościach gałęzi i konarów wybiegł potężny kształt, ogromna łania, i lekko, jakby wielkich zwierząt nie dotyczyła grawitacja, przeskoczyła przez wysoki płot. Dopiero tutaj, na łące, tuż obok trawiastego boiska do siatkówki, zaryła kopytami w trawę. Stanęła przerażona, rozglądając się wokół. Zaskoczony Mesjasz oraz jego asystenci przypatrywali się wielkiemu zwierzęciu bez najmniejszego ruchu. Zwierzę, najwidoczniej przestraszone, rozglądało się w poszukiwaniu drogi ucieczki, która z tego miejsca nie była widoczna. Płot okalający teren otaczał go z trzech stron. Dopiero po drugiej stronie, od drogi, płotu nie było. Jednak łania nie mogła stąd tego zobaczyć. I właściwie nie miała czasu, by to przemyśleć, bo po chwili z lasu wypadły trzy ogromne kształty, wyglądające na psy. Sapiąc i węsząc, zamarły po drugiej stronie siatki, ale po chwili węszenia jeden z nich przeszedł przez właściwie zawsze otwartą czarną furtkę. Dopiero kiedy znalazły się w obrębie nikłej poświaty światła, zobaczyliśmy, że to nie żadne psy, tylko prawdziwe wilki.
Asystenci cofnęli się gwałtownie. Łania podniosła się na tylnych nogach, niczym koń, chcąc się obronić albo przestraszyć trzy ogromne, wygłodniałe zwierzęta. Jednak na nich nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nie zwracały uwagi na ludzi, na mnie czy Mesjasza, który próbował coś do nich mówić; może były to jakieś zaklęcia, a może zdawało mu się, że może się z nimi dogadać. Trwało to jednak najwyżej pięć sekund, po których łania rzuciła się do ucieczki. Niestety wybrała najgorszy możliwy kierunek. Tam, gdzie płot z siatki autostradowej zamykał część łąki w niewielki ślepy zaułek, łącząc się z betonowym murem tarasu. Łania nie wzięła wystarczającego rozbiegu, dlatego tuż przed płotem zaryła kopytami w miękką ziemię. Jeszcze próbując się uwolnić, miała nadzieję sforsować siatkę, jednak ta, mimo pozornej słabości, tylko pogorszyła sytuację zwierzęcia — łania zaplątała się kopytem w jedno z mniejszych oczek stalowej plecionki. I na to tylko czekały wilki. Rzuciły się na ogromne zwierzę i wbijając swe białe kły w gardło, brzuch i nogi, szybko powaliły łanię na ziemię.
Nie wiem, ile im to zajęło. Ale z pewnością nie dłużej niż pół godziny. Patrzyliśmy na to w milczeniu, jak zahipnotyzowani. Łania jeszcze próbowała wierzgać kopytami, kiedy z jej brzucha wylały się wnętrzności. Wilki, które musiały być bardzo wygłodniałe, nie przerywały uczty. Żarły łanię jęczącą. Żarły już martwą. A kiedy skończyły, spojrzały na nas i przez chwilę miały chyba plan, by wciągnąć niezjedzoną zdobycz do lasu. Jednak to okazało się niewykonalne. Zwierzę było zbyt ciężkie. Wilki nie były w stanie ruszyć go z miejsca. Dlatego, okrwawione i dumne, ruszyły między ludzi, za którymi czarna furtka zapraszała je z powrotem do lasu. Ludzie rozstąpili się. Wilki szły bez strachu, powarkując nieco na śmierdzących strachem asystentów i na mnie. Jednak dopiero przechodząc koło Mesjasza, zatrzymały się. Przestały warczeć. Podeszły. Obwąchały go. A potem, jak na jakiś sygnał, nieco szybszym krokiem ruszyły w stronę nieprzeniknionej ściany drzew.
Następnego dnia przy śniadaniu Mesjasz wyglądał na zdrowszego. Nie jadł jajek z majonezem, za to raczył się owsianką, którą na jego życzenie dziewczyny zrobiły wyłącznie na wodzie i z solą. I z minimalną ilością mleka, tak dla smaku.
Mesjasz rozmawiał, był w dobrym humorze. Choć już nikt na niego nie zwracał uwagi, wydawało się, że czuje się ciut niepewnie. Mówił, jakby chciał zagadać swój strach. A może mówił, bo było mu już wszystko jedno? W każdym razie zrobiło mi się go trochę żal. Może dlatego zaprosiłem go po południu na rowery. Elektryki były naładowane, stąd wyprawa wokół góry Jagodna, Autostradą Sudecką i wzdłuż czeskiej granicy, była przyjemna mimo kilku sporych podjazdów.
Kiedy zatrzymaliśmy się na moment w pobliżu starego przejścia granicznego z Republiką Czeską, otworzył bidon i wypił kilka łyków. Ja wyjąłem swój i po wypiciu opowiedziałem o pobliskim kościele w Neratovie. Kościele ze szklanym dachem. Pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Mesjasz uśmiechnął się tylko i, patrząc na Góry Orlickie po czeskiej stronie, powiedział, że wskrzesił tę łanię, bo było mu jej szkoda. Choć nie powinien podważać praw natury. I zapytał, od kiedy mamy tu wilki. Odpowiedziałem, że do tej pory nie miałem pojęcia, że tu są. Pokiwał głową, wsiedliśmy na rowery i wróciliśmy do Owcy.
Kiedy następnego dnia się wymeldowywał, pomimo moich protestów zapłacił opłatę miejscową. Za siebie i asystentów, którzy, widząc, jak maca się po kieszeniach, zrzucili się na nią błyskawicznie. W recepcji, kiedy na moment zostaliśmy sami, przeprosił za zamieszanie. I przyrzekł, że zbawienie nadejdzie. Że odzyskam to, czego tak mi brakuje. Że to będzie tak, jak chcę, żeby było. Muszę tylko zastanowić się, czy chcę być łanią, czy wilkiem. Po czym zaśmiał się i stwierdził, że właściwie to wszystko jedno. Mam u niego gratis jedno wskrzeszenie. Chciałem gorąco podziękować, a wtedy roześmiał się gwałtownie i głośno, jak z dobrego żartu, pokręcił głową. I wyszedł.
Tydzień później zginął w wypadku na jakiejś krętej drodze w Austrii. Ponoć jechał za szybko i przy okazji zabił rodzinę w kamperze. Choć krążyły pogłoski, że to nie on, a ktoś, kto chciał się pod niego podszyć. Inni spekulowali, że to bezwzględnie Mesjasz, a teraz musimy czekać, aż zmartwychwstanie. Prasa dotarła do raportu patologa, który stwierdzał ponad wszelką wątpliwość, że to Mesjasz i że nie ma szans, by w tym stanie mógł zmartwychwstać. Dzień później żadne wiadomości już o tym nie wspominały. Miesiąc później uznałem, że wolę być wilkiem. W skórze łani. Albo odwrotnie. Już nie pamiętam. Tyle jest przy tym biznesie roboty.
