Spalona to miejscowość, gdzie niewiele domów stoi blisko siebie. Zawsze myślę o tym, że te nieliczne, które stoją blisko, rozmawiają ze sobą. Pozostałe są samotne.
Ja też mieszkam w takim samotnym domu. Mam niewielki samotny dom, z niewielką zarośniętą łąką i kilkoma drzewami, które dawno temu musiały wyrosnąć na łące, która na mapach gminnych była i wciąż jest łąką, a teraz jest kawałkiem lasu. Choć formalnie rośnie tam trawa. Zabawne.
Ale to nie na temat.
Mój dom z łąką i kawałkiem lasu jest samotny. Tak jak samotne są te stare sudeckie chaty. Te zamieszkałe i te chylące się ku upadkowi.
Czasem opisuję je w swoich notatkach, czasem widzę, jak fotograf robi im zdjęcia. I myślę wtedy, że tylko to chroni je przed zawaleniem.
To wciąż nie na temat.
Jestem samotna. Przyznaję. Ale jestem samotna, bo lubię samotność. Samotność to zresztą cecha Spalonej, wsi, która wykazuje cechy palindromu: w całości jest samotną wioską, osamotnioną wśród Gór Bystrzyckich. I niemal każdy dom jest samotnym domem, osamotnionym pośród wsi. I niemal każdy z mieszkańców jest samotny, bo samotnieje w swoim domu. A jak się dobrze przyjrzeć, to samotne są tu także pomieszczenia, jak choćby piękny pokój w leśniczówce, za oknem którego widać piękny las, czy sala jadalna w schronisku, samotna po godzinach największego tłoku. Samotny jest koń, który tęsknym okiem patrzy na mnie z najdalszego samotnego końca pastwiska, kiedy wracam ze spaceru do wodospadu Młoty. Samotny jest fotograf. Samotny jest Jezus, choć nie zawsze oczywiście. No i samotna jest moja kuchnia. I salon. I krzesło. Bo mam tylko jedno.
Ale właściwie nie do końca tak o tym chciałam powiedzieć.
Chcę powiedzieć, że samotność jest tu najpiękniejsza zimą, kiedy na Spaloną spada metr śniegu i wszystko zdaje się odseparowane od wszystkiego. Domy wydają się stać dalej. A świszczący pomiędzy nimi wiatr potęguje poczucie samotnienia…
Dokładnie tak chciałam o tym opowiedzieć. I wiem, że opowiadając o samotności Spalonej, poczułam, że bardziej maluję ją (samotność) niż opisuję. Ten samotny obrazek zawiśnie na ścianie w mojej kuchni, koło lodówki. Może namaluję jeszcze jeden i powieszę go w sypialni.
A potem, kiedy już będzie bardzo późno i z mojego okna nie zobaczę już żadnego dalekiego światła w oknach dalekich sąsiadów, dopiero wtedy, w zupełnej ciszy, w samym środku zimy, Spalonej, mojego domu, głęboko w sercu poczuję się przeraźliwie samotna.
I dopiero wtedy zrozumiem, jak bardzo mi brakuje kogoś, do kogo mogłabym się przytulić, z kim mogłabym porozmawiać. Przy kim mogłabym się śmiać i płakać.
Na szczęście zanim to się stanie będę już w głębokim śnie. A kiedy się obudzę, kiedy zaparzę kawę, kiedy wyjrzę przez okno… wtedy pomyślę, co z tym zrobić. I pewnie nie zrobię nic.
I nagle z zamyślenia wyrwało mnie głośne pukanie do drzwi. Aż podskoczyłam. Serce gwałtownie przyspieszyło ze strachu, jednak po chwili szłam już (zakładając ciepłe kapcie) w kierunku, skąd dobiegały kolejne gwałtowne uderzenia, Stukanie powtarzało się coraz bardziej natarczywie, a ja zamiast zapytać, “kto tam”, od razu otworzyłam.
Za drzwiami stał właściciel pensjonatu. Nie odezwał się od razu. Jakby zaskoczył go fakt, że w ogóle byłam w środku i odważyłam się otworzyć. Patrzył na mnie, a ja w jego oczach wyczytałam jakąś desperację.
— Czuję się dziś strasznie samotny… — powiedział drżącym ochrypłym głosem.
Wpuściłam go do środka. Zrobiłam herbatę. Taką zwykłą, czarną. Ale po chwili wahania, zerkając jak nieruchomo siedzi na kanapie, dodałam miodu, cytryny i cynamonu.
I kiedy usiadłam obok niego na kanapie, nie musieliśmy nic mówić. Każde myślało po swojemu, w swoich samotnych myślach krążących z dala od głównego nurtu. Ale siedząc obok siebie, przez chwilę poczuliśmy się lepiej.
Kiedy wychodził, podziękował. Choć przecież nie musiał. Następnym razem to ja zjawię się u niego. Tak samo zresztą jak ostatnio. A jak mi nie otworzy, to pójdę do sołtysów albo do schroniska, albo do fotografa, albo do leśniczówki. Na chwilę. Tylko posiedzieć. Tak samo zresztą jak oni, kiedy zjawiają się u mnie, żeby przeczekać samotność najgłębszą, najgorszą. Czasem naprawdę straszną.
