Łapcie legendy, zanim znikną. Przekazujcie dalej, niech rozdmuchane rozchodzą się na wietrze.

Szymon Bogacz

Zostanę Czechem

Bo Polakiem już byłem dość długo i myślę, że już wystarczy. To było naprawdę fajne tym Polakiem być, ale kiedy wczoraj na dworcu w Náchodzie wsiadłem do czeskiego pociągu, to zrozumiałem, że Czesi mają najlepszą kolej na świecie. Niby ten pociąg krótki, dwa wagony, i jakiś taki stary (choć widać, że przeszedł więcej remontów niż ja załamań nerwowych), i świeci się jego zewnętrzna karoseria (jakby w nocy polerowali go irchą, czy wyprawioną przedwojenną skórą niedźwiedzią, a może włosem jakimś bujnym, długim, ogoniastym, czeskim), to jedzie ten pociąg sprawnie i ochoczo. Zatrzymuje się punktualnie na stacjach, czy zastávkach. I nie straszne mu zmiany kierunków, nie straszne połączenia z innymi pociągami, które zabiera na trasie i przybierając na długości po raz kolejny, co do minuty zjawia się na Hradec Králové hlavní nádraží. Kiedy stanąłem na peronie, wygładzonym tysiącami stóp czeskich i nieczeskich (bo wiadomo, że Czesi kolej kochają i nigdy nie ciachnęli jej jak PKP 3 kwietnia 2000 roku o 1028 kilometrów), nie zdziwiła mnie obecność pary Japończyków idących spokojnym krokiem, pchających wózek dziecięcy, rozglądających się z zaciekawieniem, a i ze zrozumieniem wskazujących na vlaky i kiwających głowami. I ja także się rozejrzałem po pociągach, po peronie, po czeskich twarzach i znowu przyszła do mnie ta sama myśl: zostanę Czechem.


Zostanę Czechem, bo zrozumiałem, że kiedy na nich patrzę (a patrzę dość często, bo przecież tak często odwiedzają moją lokalną Biedronkę i wykupują polski twaróg, wędliny i czeskie piwo) to od razu od patrzenia tego zaczyna mi ubywać problemów. Tych psychicznych i tych całkiem namacalnych. Tych z przeszłością sięgającą nawet początków drugiej wojny światowej i tych całkiem świeżych, ot choćby z oczyszczalnią ścieków i smrodem zalatującym z operatu wodnoprawnego. Pewnie dlatego myśl, że „zostanę Czechem” przyszła tak gwałtownie i bezboleśnie uzmysłowiła mi, jak bardzo pragnę żyć bezproblemowo, z dystansem i z brakiem boga, co w poczucie winy z powodu jakichś grzechów, które popełniłem nie będąc ich świadomy wprowadza. Zależy mi na zwykłej radości, na lekkości i nawet na czymś, co nam, Polakom, wydaje się śmieszne, ale z czeskiej perspektywy widać to zupełnie inaczej – na języku. Bo kiedy w pociągu kolejnym, który punktualnie wyruszył z Hradec Králové hlavní nádraží (Hradec Kraaalovee hlavni naaadraźi) i w swoim idealnie równym tempie zmierzał do Pragi począłem wsłuchiwać się w język czeski, to jakoś przestał mnie śmieszyć, a zaczął ciekawić. Bo, co zrozumiałem nagle, właśnie przez ten język mają lżej. Bo jak tu się smucić, skoro nie da się smutku tak smutno jak w polskim wyrazić? A nawet jak się da, to na pewno nie tak smutno, jak im się zdaje. Stąd w literaturze, w historii, a nawet w Biedronce są jacyś tacy swobodni a veselý. I kiedy trzeba walczyć o ostatnią zgrzewkę coca-coli na promocji czy Sudety to odpuszczają, ponieważ o siedemnastej scházejí v pivovaru na Novém Městě, Malé straně nebo na Smíchově. S pivem na na čepu a Svíčková na smetaně.


Zostanę też Czechem także dlatego, bo Irlandczykiem zostać nie chcę. Nie chcę, ponieważ już trochę nim byłem i nie bawią mnie choćby najbardziej malownicze klify na półwyspie Howth (choć są so fukin’ urocze), czy piwo nalewane pod sam rant szklanki. Tak, przyznaję, że ciut fascynuje mnie akcent, czy celtyckie zapożyczenia, bo trudno to z marszu powtórzyć i zrozumieć, a ich brytyjski irlandzki brzmi, jakby nie mogli pozbyć się ości z gardeł. I tak, zawsze miałem radochę siedząc w pierwszym rzędzie na piętrze piętrowego autobusu, a jeżdżąc nim po Dublinie kilkukrotnie nabawiłem się przekonania, że bardziej rozumiem Joyce’a. Ale już mi lepiej. O wiele.


Zostanę też Czechem też z innego powodu – bo Grekiem już też trochę byłem i, choć nie pozbędę się tej miłości do wypalonych boskim słońcem (lub słońcem bogów) gór, do plaż, na których mógłbym leżeć bez końca i do fety, która tylko tam smakuje tak jak powinna to greckości wystarczy mi w profilu twarzy i we wspomnieniach, jakie zostają w głowie dziesięciolatka obezwładnionego Grecją czystą, kapitalistyczną, niesamowitą, w latach osiemdziesiątych doświadczoną.


No i chcę zostać Czechem, bo i Niemcem też już jakby z racji pomieszkiwania na terenach Odrzanii „odzyskanej” byłem. Zanurzony w historiach wojennych i powojennych babci Heli, we wrocławskim sosie utopiony niczym kartofel w zsiadłym mleku, wiem, że niemieckość, a nawet poniemieckość pływa sobie w moich żyłach, wymywa kamienie z tajemnicami dawnych właścicieli domu przy Wrocławskiej w Bettlern i próbuje przekonać do częstszych odwiedzin w najbardziej niemieckich z niemieckich berlinach czy dreznach. Choć przecież nie musi, bo wszak jestem chory na niemieckość poprzez wrocławskość właśnie; poprzez odrzańskość, ślężańskość czy bystrzyckość w końcu. Chory nieuleczalnie. Verdammt!


A jak już tak się wywnętrzać, to zostanę Czechem, bo i Włochem już zostać miałem, ale okazuje się, że Wenecja zbyt gorąca, winnice Włosi przenoszą pod Trzebnicę, a po piasku na Lido już trudno chodzić, bo grozi poparzeniem pierwszego stopnia. Zostanę też Czechem, bo i Hiszpanem miałem przyjemność być przez chwilę, jednak język hiszpański nie jest tym, którego jestem w stanie się nauczyć, ani pojąć, jak można mówić w takim tempie nie gubiąc znaczeń i sylab. Może mógłbym wybrać Portugalię, bo przecież wszyscy wiedzą, że wewnątrz noszę nostalgię, niczym Lizbona fado, ale czy byłbym w stanie pławić się w tym atlantyckim bezmiarze piękna, które skończyłoby się na pewno codziennym bólem brzucha od nadmiaru pastéis de nata? Dlatego wybieram Czechy. Wybieram świadomie, wybieram porywczo i obiecuję sobie, że jak tylko wysiądę na Praha hlavní nádraží prosto z peronu popędzę na Hradczany, by w odpowiednim ministerstwie złożyć odpowiednie pisma, pochwalić się znajomością Hrabala i Dvořáka, wyrazić podziw dla Škody a České dráhy i w końcu zasiąść w jakimś Pivovarze, przy talerzu Pečené vepřové koleno na pivu s bramborovým salátem, gdzie wtapiając się w praski gwar będę starał się z całych sił… nie tęsknić.