Co czyta Kotlina?

Napisał: Owczy Pasterz

Owca z widokiem we mgle w Kotlinie Kłodzkiej – miejsce, które inspiruje do pisania i tworzenia
Są miejsca, do których przyjeżdża się odpocząć. I są takie, z których wyjeżdża się z nowym pomysłem.

Kotlina Kłodzka czyta powoli, jak ktoś, kto nigdzie się nie spieszy, bo wie, że wszystkie najważniejsze zdania i tak przyjdą dopiero wtedy, kiedy człowiek przestanie ich szukać; czyta w szumie potoków, w skrzypieniu starych podłóg, w oknach starych pałaców, które jeszcze nie opowiedziały wszystkiego, w miasteczkach przyklejonych do wzgórz, w kawiarniach, gdzie ktoś przy stoliku niby tylko pije herbatę, ale tak naprawdę od godziny układa w głowie pierwsze zdanie książki, której być może nigdy nie napisze, choć kto wie, bo tu takie rzeczy zdarzają się częściej, niż wypada przyznać ludziom rozsądnym.

Czy mieszkają tu twórcy? Mieszkają, choć nie zawsze chcą, żeby ich znaleźć. Czasem są poetami, czasem malarzami, czasem filmowcami, czasem ludźmi, którzy przez pół życia udawali, że niczego nie tworzą, aż pewnego dnia przyjechali do Kotliny, poszli na spacer w stronę lasu, zobaczyli, jak mgła schodzi z Gór Bystrzyckich, i zrozumieli, że jednak coś w nich od dawna pracowało — obraz, opowiadanie, scena, melodia, zdanie, które nie dawało spać, tylko czekało na swoje miejsce, na swój stół, na swój widok z okna, na ciszę tak gęstą, że można w niej usłyszeć własne myśli, nawet te, które przez lata udawały cudze.

Bo tu się dobrze pisze, choć niekoniecznie od razu. Najpierw człowiek musi trochę pochodzić, trochę pomilczeć, przestać sprawdzać godzinę, odłożyć telefon, zgubić się między Kudową a Bystrzycą, między Lądkiem a Nową Rudą, między tym, co już wymyślone, a tym, czego jeszcze nikt nie nazwał. I dopiero wtedy, czasem przy drugim kubku kawy, czasem nocą, kiedy góry stoją za oknem jak wielkie ciemne zwierzęta, coś zaczyna się układać, jakby Kotlina nie dawała gotowych odpowiedzi, ale podsuwała pytania, od których trudno się potem uwolnić.

Owczy Pasterz też coś o tym wie, bo to tutaj, w Spalonej, w Owcy z widokiem, przez kilka lat myślał nad projektem Sto tysięcy Wrocławiów, który niedługo ujrzy światło dzienne i o którym jeszcze osobno opowie. Bo są pomysły, które dojrzewają jak owoce wysoko na drzewie, zbyt długo, zbyt wolno, zbyt uparcie, ale kiedy wreszcie spadną, człowiek rozumie, że nie mogły spaść wcześniej. I może właśnie dlatego w Owcy tak często coś się kończy i zaczyna — książki, scenariusze, rozmowy, miłości, zmęczenia, plany ucieczki i plany powrotu, a czasem tylko zwykły dzień, który nagle okazuje się początkiem czegoś większego.

Więc jeśli zapytacie, co czyta Kotlina, odpowiem, że Kotlina czyta ludzi: tych, którzy przyjeżdżają tu napisać powieść, i tych, którzy przyjeżdżają tylko odpocząć, tych, którzy malują, i tych, którzy od lat niczego nie narysowali, tych, którzy kręcą filmy, i tych, którzy po prostu stoją na tarasie, patrzą na światło przesuwające się po górach i przez chwilę mają wrażenie, że ktoś właśnie przewrócił w nich stronę. A potem, kiedy już wracają do swoich miast, domów, spraw i powiadomień, zabierają ze sobą jedno zdanie, jeden obraz, jedną myśl, której wcześniej nie było — i to wystarcza, bo czasem od tego właśnie zaczyna się wszystko.