MÖHLTEN. MORDERSTWO W DOMU VON FITSCHEN 

Figura Trójcy Świętej i Ukoronowania NMP na Moście św. Jana w Kłodzku, ufundowana w 1714 roku przez Franza Ferdinanda von Fitschena
Kłodzko, Most św. Jana. Grupa rzeźbiarska przedstawiająca Trójcę Świętą i Ukoronowanie Najświętszej Maryi Panny, ufundowana w 1714 roku przez Franza Ferdinanda von Fitschena jako wotum przebłagalne za zbrodnię jego ojca, Ottona Ferdinanda von Fitschena.

Fot. Jacek Halicki / Wikimedia Commons, CC BY-SA

Opowieść z ziemi kłodzkiej, 1689–1714

Ta historia wydarzyła się naprawdę. A przynajmniej jej początek i koniec.

Wiemy, że w 1689 roku Barbara von Wallis, żona Ottona Ferdinanda von Fitschena, zginęła w należących do rodziny dobrach w Möhlten, dzisiejszym Gorzuchowie. Wiemy, że za jej śmierć odpowiedzialnością obarczono męża, który siedem lat później został ścięty w Kłodzku. Wiemy również, że ich syn Franz Ferdinand w 1714 roku ufundował na kłodzkim moście figurę, mającą być przebłaganiem za zbrodnię ojca.

Nie wiemy natomiast, jak wyglądała tamta noc, co działo się w domu przed śmiercią Barbary ani kto był przy niej w ostatnich chwilach.

Tę część musimy odtworzyć sami.

I. BARBARA

Möhlten, 2 grudnia 1689 roku.

Śnieg zaczął padać jeszcze przed zmrokiem i z każdą godziną gęstniał, aż w końcu zasłonił drogę prowadzącą w stronę Kłodzka, przysypał dziedziniec i oblepił parapety grubą, nierówną warstwą, którą wiatr co jakiś czas zrywał i ciskał w szyby, jakby ktoś stojący na zewnątrz rzucał w okna garściami drobnych kamieni.

Barbara siedziała w kominkowej sali, mniejszej od reprezentacyjnego salonu i dlatego znacznie przyjemniejszej zimą, kiedy nawet dobrze ogrzewany dom nie potrafił całkiem obronić się przed chłodem schodzącym nocą z gór. W palenisku trzaskały polana, na stole stały świece, a ona od dobrego kwadransa trzymała otwartą książkę na tej samej stronie, chociaż nie przeczytała z niej ani jednego zdania.

Otto miał wrócić przed kolacją. Nie było w tym jeszcze nic niepokojącego, ponieważ zdarzało mu się zatrzymać po drodze, przedłużyć spotkanie albo po prostu nie uznać za stosowne zawiadomić żony, że jego powrót przesunie się o kilka godzin. Barbara znała tę jego obojętność i nauczyła się z nią żyć, choć nigdy nie nauczyła się jej lubić.

To, co od pewnego czasu nie dawało jej spokoju, nie miało jednak nic wspólnego z Ottonem. Wydawało jej się, że ktoś chodzi po domu.

Pierwszy raz usłyszała ostrożnie stawiane kroki na piętrze kilkanaście minut wcześniej. Później zapadła cisza, ale po chwili odgłosy wróciły, tym razem jakby bliżej schodów. Kroki były zbyt powolne, aby należały do służącej spieszącej się z jednym ze swoich wieczornych obowiązków; ktoś stawiał je spokojnie, czasami zatrzymywał się na kilka sekund, a potem szedł dalej.

Barbara uniosła głowę znad książki. Znowu. Jeden krok. Drugi i trzeci. I znowu cisza.

Przez kilka sekund nasłuchiwała, po czym niemal uśmiechnęła się do własnego niepokoju, ponieważ stary dom, zwłaszcza zimą, miał przecież swoje dźwięki: drewno trzaskało, belki pracowały na mrozie, wiatr wciskał się pod dach, a człowiek pozostawiony wieczorem samemu sobie bez trudu potrafił zamienić te odgłosy w czyjąś obecność.

Odłożyła książkę i położyła ją na stoliku. I dokładnie w tej samej chwili psy zaczęły warczeć.

Dwa duże psy myśliwskie Ottona nocą pozostawały zwykle w dolnej sieni i właśnie stamtąd dochodził teraz niski, przeciągły pomruk, na tyle głośny, że Barbara słyszała go ponad trzaskiem drewna i szumem wichury.

Warczały tak jak psy, które rozpoznają człowieka, ale z jakiegoś powodu nie chcą pozwolić mu przejść dalej.

Barbara wstała.

— Marie?

Jej głos zabrzmiał dziwnie obco w pustym pomieszczeniu. Poczekała, lecz nikt nie odpowiedział. Służba powinna być w dalszej części domu, za sienią i korytarzem prowadzącym ku pomieszczeniom gospodarczym, dlatego zawołała jeszcze raz, tym razem znacznie głośniej.

— Marie! Johann!

Cisza. Wiatr uderzył w okna tak gwałtownie, że zadrżały szyby, a płomień jednej ze świec wychylił się niemal poziomo.

I wtedy psy umilkły. Ich warczenie urwało się w jednej chwili i właśnie ta nagła cisza, znacznie bardziej niż wcześniejsze odgłosy, sprawiła, że Barbara po raz pierwszy naprawdę się przestraszyła.

Podeszła do drzwi kominkowej sali i położyła rękę na klamce, lecz zanim zdążyła ją nacisnąć, usłyszała kroki ponownie. Ktoś szedł korytarzem w jej stronę, spokojnie, bez pośpiechu, jak człowiek, który zna ten dom i nie ma najmniejszego powodu, żeby się skradać.

— Kto tam?

Kroki zbliżyły się do drzwi. Barbara cofnęła się o jeden krok, czując coraz szybsze bicie serca, choć jednocześnie wstydziła się własnego strachu, bo przecież w domu byli ludzie, wejście powinno być zamknięte, a jeśli ktoś znalazł się w środku, musiał zostać wpuszczony.

Drzwi otworzyły się. A w progu stanął mężczyzna. Choć światło świec oświetlało bardzo słabo jego sylwetkę, Barbara poczuła ulgę. Jego twarz, niemal zatopiona w ciemności, wydała jej się znajoma.

— Boże, przestraszył mnie pan.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Był wysoki, dobrze ubrany i musiał niedawno przejść przez dziedziniec, bo na ramionach jego płaszcza widoczne były ciemniejsze plamy najpewniej ze stopionego śniegu. Jego ciemne włosy były  wilgotne.

Barbara próbowała przypomnieć sobie jego nazwisko. Widziała go wcześniej, tego była pewna. Może siedział kiedyś z Ottonem przy stole, może przyjechał z kimś z Kłodzka albo należał do tej części rodziny męża, której nigdy nie potrafiła dobrze zapamiętać.

— Mąż jest z panem?

Mężczyzna nadal milczał. Barbara zrobiła krok w jego stronę.

— Wybaczy pan, ale nie mogę sobie przypomnieć…

Wtedy zobaczyła coś błyszczącego w jego dłoni. Spojrzała w tamtym kierunku. To było ostrze dość długiego, ostrego sztyletu.

Najdziwniejsze było to, że przez krótką chwilę nie poczuła jeszcze strachu, tylko zdumienie, jakby jej umysł nie potrafił połączyć dwóch obrazów, które nie miały prawa występować razem: znajomego człowieka stojącego w jej domu i ostrza w jego ręce.

Podniosła wzrok na jego twarz. W jego oczach nie było gniewu ani szaleństwa, przed którymi można próbować się bronić albo które można próbować zrozumieć. Był w nich spokój człowieka, który decyzję podjął znacznie wcześniej.

I kiedy sobie to uświadomiła, ten wysoki prawie znajomy ruszył ku niej.

Barbara chciała krzyknąć, lecz powietrze, które nabrała do płuc, nie zamieniło się w głos. Poczuła pierwsze uderzenie, chociaż bardziej przypominało ono gwałtowne pchnięcie niż ból, potem drugie, a kiedy mężczyzna uderzył po raz kolejny, nadal patrzyła na jego twarz i wciąż, wbrew wszystkiemu, próbowała przypomnieć sobie, skąd go zna.

„Gdzie ja cię widziałam? Jak ty się nazywasz?”

I kiedy mężczyzna zadawał jej kolejne ciosy, ponad jego ramieniem, zobaczyła coś w głębi korytarza. Ktoś tam stał.

Nie potrafiła już rozpoznać twarzy ani nawet zrozumieć, czy widzi człowieka, czy jedynie cień rzucany przez słabe światło świec.

Patrzyła w tamtą stronę. Jakby to, co działo się właśnie z jej ciałem, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. A potem wszystko się rozmyło. I nie zdążyła pomyśleć nawet, że umiera. Po prostu osunęła się na podłogę. A potem zamknęła oczy.

„Bo tak się robi” – pomyślała w ostatniej świadomej chwili.

II. OTTO

Kłodzko, 1696 rok.

Ludzie przyszli na rynek wcześnie, ponieważ publiczna śmierć zawsze przyciąga więcej ciekawych niż publiczne życie, a śmierć szlachcica skazanego za zabójstwo własnej żony była widowiskiem, dla którego warto było zmarznąć.

Otto Ferdinand von Fitschen szedł pomiędzy nimi, słysząc szepty, przekleństwa, modlitwy i pojedyncze okrzyki, choć starał się nie patrzeć na twarze, ponieważ obawiał się, że w tłumie zobaczy kogoś znajomego i ostatnie kilkadziesiąt kroków okaże się przez to trudniejsze niż wszystkie poprzednie.

Od siedmiu lat powtarzał sobie, że nie zabił Barbary. Przecież nie trzymał ostrza, nie widział jej krwi, nie stał tamtej nocy w pokoju i nawet nie wiedział, w którym dokładnie miejscu upadła.

I wszystko to było prawdą. Problem polegał na tym, że prawda nie zawsze wystarcza, aby człowiek mógł nazwać siebie niewinnym.

Kiedy zbliżali się do szafotu, Otto przypomniał sobie rozmowę sprzed siedmiu lat, choć przez wszystkie te lata nauczył się omijać ją we własnej pamięci tak zręcznie, że czasami niemal wierzył, iż nigdy się nie odbyła.

Pamiętał człowieka siedzącego po drugiej stronie stołu, pamiętał jego dłonie i kielich, którego tamten prawie nie tknął, pamiętał ciężką sakiewkę przesuniętą po nierównym drewnie, a przede wszystkim pamiętał własny gniew na Barbarę i kilka zdań wypowiedzianych tak, jak wypowiada się słowa, których później żałuje się właśnie dlatego, że nikt poza nami nie może już rozstrzygnąć, co naprawdę miały znaczyć.

Czy powiedział, żeby ją nastraszył? Czy żeby sprawił, by zrozumiała? Czy może użył słów znacznie prostszych i przez to niemożliwych do cofnięcia?

Przez siedem lat wracał do tej rozmowy i za każdym razem kończyła się inaczej. W jednej wersji zabraniał mu zrobić Barbarze krzywdę. W drugiej mówił tylko, że chce mieć spokój. W trzeciej nie mówił nic, a człowiek siedzący naprzeciwko sam rozumiał, czego od niego oczekiwano.

Była jeszcze czwarta wersja. Tej Otto nigdy nie dopuszczał do końca.

Kat czekał przy pniu. Kiedy wszedł po stopniach, pomyślał niespodziewanie nie o śmierci, ale o śniegu, który padał tamtej nocy, i o tym, jak następnego ranka dziedziniec w Möhlten musiał wyglądać zupełnie zwyczajnie, jak gdyby dom, w którym kilka godzin wcześniej umarł człowiek, potrafił obudzić się bez pamięci.

Przypomniał sobie również moment, kiedy po raz pierwszy usłyszał, że Barbara nie żyje. Nie zapytał wtedy, jak umarła. To właśnie wracało teraz do niego najmocniej.

Kat położył mu rękę na ramieniu i polecił uklęknąć.

Klękając Otto spojrzał na rynek, na dachy kamienic, na ludzi, którzy przyszli oglądać jego ostatnie chwile, i po raz pierwszy od siedmiu lat nie próbował już powtarzać sobie, że nie zabił Barbary.

Kładąc głowę na zimnym i gładkim pniu zrozumiał, że przez cały ten czas zadawał niewłaściwe pytanie. Bo nie chodziło o to, czy trzymał sztylet. Chodziło o to, czy wysyłając tamtego człowieka do żony, naprawdę nie wiedział, co się stanie.

I nie znalazł odpowiedzi, która mogłaby go ocalić.

III. FRANZ

Kłodzko, 1714 rok.

Franz Ferdinand von Fitschen stał kilka kroków od nowej figury i patrzył na kamienną scenę koronacji Najświętszej Marii Panny, która w jasnym świetle dnia wydawała się niemal spokojna, jakby wszystkie sprawy tego świata można było uporządkować modlitwą, gestem skruchy albo odpowiednio ciężkim kamieniem.

— Dobrze stoi? — zapytał mistrz kamieniarski.

Franz odpowiedział, że dobrze. Tak właśnie miała stać.

Ludzie będą mówić, że syn mordercy ufundował ją jako wotum, aby przebłagać Boga za grzech ojca, i Franz nie zamierzał ich poprawiać, ponieważ była to wersja wystarczająco prawdziwa, aby można ją było powtarzać przez następne sto czy dwieście lat.

Nie wiedzieli tylko, że Franz nie postawił figury wyłącznie dla ojca.

Kiedy jego matka zginęła, był dziesięcioletnim chłopcem.

Tamtej nocy obudziły go psy. Pamiętał ich warczenie, chociaż przez wiele późniejszych lat nie był już pewien, czy rzeczywiście je słyszał, czy tylko dopisała je pamięć, próbując znaleźć początek wydarzenia, które w jego życiu nigdy nie miało się zakończyć.

Wstał powoli z łóżka. Kiedy bosą stopą dotknął posadzki poczuł zimno.

Nie wołał nikogo, ponieważ był przekonany, że ojciec właśnie wrócił. Dopiero otwierając drzwi na korytarz pomyślał, że to dziwne, że psy warczą na ojca.

Wtedy usłyszał głos matki, a kiedy podszedł bliżej zobaczył jej postać w świetle płomieni padających z kominka. I ciemną sylwetkę mężczyzny stojącą w drzwiach Sali kominkowej.

Podszedł bliżej zaciekawiony. A kiedy się zatrzymał zobaczył scenę, która odtwarzała mu się przed oczami każdego dnia.

Mężczyzna ruszył w kierunku mamy. Zadał jej pierwszy cios. Potem następny. I następny. Franz patrzył na to i nie mógł się ruszyć. Patrzył w oczy matki, które złączyły się z jego spojrzeniem. I nie był pewien, czy jej wzrok wołał o pomoc, czy to było spojrzenie na pożegnanie: pełne miłości, kochające, takie, jakim obdarzała go każdego wieczoru na dobranoc.

Choć być może było to spojrzenie wołające o pomoc. jakby to właśnie on był jedynym człowiekiem na świecie, który może jeszcze coś zrobić.

A jednak dziesięcioletni Franz nie zrobił nic. Nie krzyknął, nie pobiegł po służbę, nie rzucił się na mężczyznę, nie poruszył nawet ręką. Stał w ciemnym korytarzu, podczas gdy ten mężczyzna, kilka kroków dalej zabijał jego matkę.

Kiedy mama upadła i zamknęła oczy mężczyzna odwrócił się. I drgnął, jakby się przestraszył. Ich spojrzenia się spotkały, a Franz był pewien, że teraz przyjdzie po niego.

Napastnik jednak tylko patrzył, jakby zastanawiał się, co powinien zrobić z dzieckiem, które znalazło się w miejscu, w którym nie miało prawa być.

Po chwili otarł w białą chustkę ostrze i schował je do małej skórzanej pochwy.

— Wracaj do łóżka, Franz.

Powiedział to spokojnie lecz stanowczo. I właśnie to Franz pamiętał najlepiej przez całe życie.

I pamiętał jeszcze coś – ten głos wydał mu się znajomy. Dobrze znajomy…

Franz posłuchał. Wrócił do pokoju, położył się i naciągnął kołdrę wysoko pod brodę, a kiedy rano w domu podniósł się krzyk, zachowywał się tak jak wszyscy pozostali, jakby dopiero przed chwilą dowiedział się, że jego matka nie żyje.

Czas od wieczoru, w którym jego mama została zabita, do dnia egzekucji ojca jakby nie istniał. Nawet dziś, stojąc w Kłodzku i patrząc na figurę, którą ufundował, miał wrażenie, że wciąż jakby śnił na jawie.

Przez dwadzieścia pięć lat próbował sobie tłumaczyć, że był tylko dzieckiem, że strach potrafi unieruchomić ciało równie skutecznie jak więzy i że żaden dziesięcioletni chłopiec nie byłby w stanie ocalić matki przed dorosłym mężczyzną z nożem.

Ale to nie pomagało. Wciąż widział jej oczy patrzące na niego. Wciąż słyszał słowa zabójcy.

Dlatego teraz patrząc na kamienną Matkę Boską pomyślał, że być może ludzie mają rację: figura jest próbą przebłagania za winę rodu von Fitschen. Tylko nie mogli wiedzieć, za czyją winę naprawdę.

Wokół zebrała się niewielka grupa ludzi, ktoś rozmawiał, ktoś śmiał się zbyt głośno, dzieci przepychały się pomiędzy dorosłymi, a Franz już miał odejść, kiedy po drugiej stronie mostu dostrzegł mężczyznę.

Włosy miał prawie białe, policzki zapadnięte, twarz pooraną zmarszczkami, dlatego Franz nie mógł mieć pewności, zwłaszcza że od tamtej zimowej nocy upłynęło ćwierć wieku, a twarz zapamiętana przez dziecko nie powinna przecież przetrwać tylu lat bez zmiany.

Mimo to poznał go w jednej chwili.

Przez kilka sekund stali naprzeciw siebie patrząc sobie w oczy ponad głowami ludzi przechodzących przez most i Franz poczuł dokładnie to samo, co tamtej nocy, kiedy po raz pierwszy zobaczył go z nożem w dłoni: nie strach nawet, lecz nagłe i całkowite przekonanie, że jego ciało przestało mu podlegać.

Stary człowiek skłonił się niemal niedostrzegalnym ruchem głowy. A potem odwrócił się i nieco chwiejnym krokiem ruszył w stronę miasta.

Franz mógł pobiec za nim, mógł krzyknąć, zatrzymać go i wskazać ludziom człowieka, którego twarz nosił w sobie przez dwadzieścia pięć lat, a może nawet wreszcie powiedzieć wszystko, czego nie powiedział jako dziecko.

Jednak nie był w stanie nawet drgnąć. Bezradnie patrzył, jak tamten oddala się pomiędzy ludźmi, aż wreszcie zupełnie zniknął w tłumie.

Dopiero wtedy Franz odwrócił się w stronę figury. I patrząc na wykutą w kamieniu figurę, czując jak łzy spływają mu po policzkach, a zęby i pięści zaciskają się z ogromną siłą zrozumiał, że przez dwadzieścia pięć lat zmieniło się niemal wszystko: nie żyła jego matka, nie żył jego ojciec, z chłopca, który tamtej nocy stał boso w korytarzu, został dorosły mężczyzna, a na kłodzkim moście pojawił się kamień mający przypominać ludziom o winie, przebaczeniu i pokucie.

Tylko jedno pozostało dokładnie takie samo: kiedy należało ruszyć, Franz nie potrafił zrobić ani jednego kroku.