Wakacje, które trwają prawie rok

Napisał: Owczy Pasterz

Owca z widokiem w Spalonej latem, z belami siana i widokiem na Kotlinę Kłodzką
Lato w Spalonej. Owca z widokiem, bele siana, góry i wakacje, które dzieci pamiętają latami.

To także opowieść o tym, dlaczego wakacje z dziećmi w Kotlinie Kłodzkiej mogą być dziś jedną z najprostszych i najpiękniejszych form odpoczynku.

Są takie dwa miesiące w roku, które w dzieciństwie nie mają normalnej długości. Lipiec i sierpień nie trwają sześćdziesięciu kilku dni. Trwają prawie rok.

Dla dorosłych wakacje bywają krótką przerwą od pracy. Terminami w kalendarzu. Rezerwacją pokoju. Listą rzeczy do spakowania. Urlopem, który kończy się zdecydowanie za szybko.

Ale dla dzieci? Dla dzieci wakacje są osobnym światem. Czasem wolności, szaleństwa, radości i regeneracji. Czasem, w którym mózg odpoczywa od uczenia się, dzwonków, zeszytów, zadań domowych i porannego wstawania. Czasem, w którym można znowu być całym sobą — bez ocen, bez pośpiechu (choć zawsze w biegu!), bez planu lekcji.

Można biegać do wieczora. Jeść obiad trochę za szybko, bo ktoś już czeka na dworze. Wymyślać zabawy, które nie potrzebują aplikacji, kabli ani instrukcji. Poznawać dzieci, których wcześniej się nie znało, a po dwóch dniach mieć wrażenie, że zna się je od zawsze.

A potem, pod koniec wakacji, płakać, bo trzeba wracać.

Wakacje w domu, czyli cały świat za garażem

Pamiętam swoje wakacje z dzieciństwa bardzo wyraźnie. I nie ma właściwie znaczenia, czy spędzałem je gdzieś daleko, czy w domu, w rodzinnych Bielanach Wrocławskich pod Wrocławiem.

Bo wakacje nie zawsze potrzebowały wielkiej podróży. Czasem wystarczało podwórko, ogród, stajnia, stodoła i kilkoro dzieci z sąsiedztwa.

Bawiliśmy się w chowanego w naszym gospodarstwie. Zaklepywanka była oczywiście na drzwiach garażowych. Chować można się było w stajni, stodole, starym poniemieckim domu prababci Ani, w ogrodzie, a nawet w „wychodku” koło stajni.

Nie wolno było tylko wchodzić do domu. Ani do piwnic, ani do pokoi. I może właśnie dlatego ta zabawa była tak niesamowita. Miała swoje granice, swoje tajemnice i swoje miejsca, które dla dziecięcej wyobraźni były całym światem.

Statek kosmiczny na jabłoni

Mieliśmy też statek kosmiczny. Było nim jedno z drzew w naszym ogrodzie. Wśród około czterdziestu wielkich jabłoni i jednej wiśni rosło drzewo, którego gałęzie układały się tak pięknie, że wchodziło się na nie jak po schodach. Albo właśnie jak na pokład statku kosmicznego.

Mieliśmy tam mostek kapitański, siłownię, szpital. Odpieraliśmy ataki krokodylków na nieznanej planecie. Ta zabawa trwała godzinami. Bez scenariusza, bez dorosłych, bez sprzętu. Wystarczało drzewo i kilka głów pełnych wyobraźni.

Były też kapsle.

Kredą, zdobytą czasem trochę nielegalnie, bo w tamtych wesoło-smutnych latach osiemdziesiątych kreda nie była wcale czymś oczywistym i łatwo dostępnym, rysowaliśmy trasy wyścigu. Im bardziej skomplikowane, im dłuższe, tym lepiej.

Samo rysowanie potrafiło trwać godzinę albo dwie. Potem każdy dostawał kapsel albo musiał go sobie zdobyć. I zaczynał się wyścig. Trzy strzały na kolejkę. Milimetry napięcia. Wielkie emocje. Prawdziwe mistrzostwa świata rozgrywane na betonie, między domem a podwórkiem.

Jelenia Góra, Cieplice i pociąg nad głową

Ale wakacje to nie był tylko dom.

Jeździliśmy też do babci Jadzi i cioci Basi do Jeleniej Góry. Pewnie dlatego do dziś tak bardzo lubię to miasto. Pamiętam niesamowitą kamienicę z ogromnym podwórkiem przy ulicy Wolności. Pamiętam Cieplice i tamę na Kamiennej.

Przechodziło się tam pod bardzo niskim mostem kolejowym, a ja zawsze czekałem, aż nad moją głową przejedzie pociąg do Szklarskiej Poręby. Wakacje w Jeleniej Górze i Cieplicach miały swój zapach, swój rytm i swoje światło. To były piękne czasy – z chlebem z masłem i solą, z piaskownicą na podwórku, z dziećmi, które od rana czekały na wspólną zabawę.

Trzciel, jezioro i płacz na koniec turnusu

Najfajniejsze wakacje były jednak w Trzcielu, w ośrodku cukrowni Jawor nad Jeziorem Konin, o którym ktoś powiedział, że tu zawsze jest pięknie.

Tam były domki rozrzucone po małych wzgórzach. Wszystko w lesie. Pamiętam, że w trakcie turnusu zawsze było mnóstwo dzieci. Te dwa tygodnie w Trzcielu były magicznym czasem. Czymś, co budowało wakacyjne przyjaźnie i zostawiało wspomnienia na całe życie.

Tam wydarzały się miłości, przyjaźnie, długotrwałe bitwy przy planszówce Magia i miecz, podchody między domkami i wielkie dramaty przy pożegnaniach. Na koniec był płacz, bo trzeba było wyjeżdżać.

Nieistotna była pogoda. Istotne były relacje. Las. Jezioro. Inne dzieci. I ten stan, w którym człowiek wieczorem wracał do domku zmęczony tak bardzo, że zasypiał niemal w połowie zdania.

Jeziora to także wędkowanie z tatą. A lasy — zbieranie grzybów i uczenie się tego na całe życie. Bo są rzeczy, które w dzieciństwie wchodzą w człowieka głębiej niż tabliczka mnożenia.

Zapach mokrego mchu. Cisza nad wodą. Odgłos kroków na leśnej ścieżce. Radość z pierwszego prawdziwka.

A Spalona?

Spalona też jest takim miejscem.

Tu, w Owcy z widokiem, podczas wakacji zawsze jest dużo dzieci. Nie mamy klasycznego placu zabaw. I może nawet dobrze. Bo placem zabaw jest łąka, taras, sala, lasek na naszym terenie i las za furtką. Drzewo przy drodze. Kamienie. Patyki. Planszówki. Wymyślone bazy. Tajne narady. Wyprawy, których dorośli często nie rozumieją, ale na szczęście nie muszą.

Są wycieczki z rodzicami po okolicy. Na Jagodną, na Zamkową Kopę, do wodospadu Młoty, gdzie dzieci budują tamy i wyspy z kamieni. Są spacery, po których wraca się z błotem na butach i oczami świecącymi bardziej niż ekran telefonu.

Są też dzieci z sąsiednich pokoi. Najpierw obce. Po godzinie już znajome. Po dwóch dniach — najlepsze na świecie.

Pamiętam z poprzednich wakacji, jak dzieci z pokoi przychodziły do naszego mieszkania i pukały do drzwi, bo za długo musiały czekać na mojego syna Teo. A kiedy Teo w końcu wypadał przez drzwi, słyszałem już tylko, jak wszyscy razem biegają wokół Owcy.

Bez telefonów. Bez komputerów. Bez telewizji. Tak, jak kiedyś. Używając wyłącznie tego, co wokół i swojej wyobraźni.

Wakacje z dziećmi w górach

Wakacje z dziećmi w Kotlinie Kłodzkiej mogą być naprawdę proste. I właśnie w tej prostocie jest ich siła.

Nie trzeba codziennie organizować wielkiej atrakcji. Nie trzeba wypełniać kalendarza od rana do wieczora. Czasem wystarczy śniadanie, wygodne buty, kawa dla rodziców, kilka kanapek do plecaka i decyzja: idziemy przed siebie.

W Górach Bystrzyckich dzieci mogą poczuć, że świat nie kończy się na ekranie. Że można zmęczyć nogi, ubrudzić ręce, znaleźć dziwny kamień, nazwać drzewo, wymyślić własną mapę i wrócić wieczorem z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego.

A wieczorem można jeszcze biegać wokół Owcy. Grać w planszówki. Patrzeć na góry. Siedzieć na tarasie. Słuchać świerszczy. Albo oglądać do północy spadające meteory, licząc na głos każdy rozbłysk na ciemnym niebie.

Wakacje, które zostają

Myślę, że najpiękniejsze wakacje to nie te, które są najdroższe, najdalsze albo najbardziej zaplanowane. Najpiękniejsze są te, które zostają w człowieku.

Po latach nie pamięta się przecież dokładnie, ile gwiazdek miał hotel. Nie pamięta się wszystkich obiadów ani wszystkich atrakcji odhaczonych z listy. Pamięta się drzewo, które było statkiem kosmicznym. Pociąg przejeżdżający nad głową. Kapsel, który wypadł z trasy na ostatnim zakręcie. Jezioro o zmierzchu. Dzieci poznane na wakacjach. Las. Śmiech. Płacz przy wyjeździe. I to uczucie, że dwa miesiące trwały prawie rok.

W Spalonej, w Owcy z widokiem, próbujemy zostawić dzieciom właśnie taki kawałek lata. Nie perfekcyjny. Nie wyreżyserowany. Nie opakowany w plastikową atrakcję. Ale ten prawdziwy. Z trawą, lasem, górami, planszówkami, wieczornym bieganiem, zmęczeniem, zachwytem i widokiem, który zostaje pod powiekami jeszcze długo po powrocie do domu.

Bo może właśnie po to są wakacje. Żeby dzieci odpoczęły od świata dorosłych. I żeby dorośli, choć na chwilę, przypomnieli sobie własne dzieciństwo.