5 maja 1882. Kiedy nad Wójtowicami pękło niebo

Piątek, 5 maja 1882 roku, zaczyna się w Wójtowicach i Zalesiu jak każdy inny pracowity dzień. Nic nie wskazuje na to, że za kilka godzin wydarzy się tutaj jedna z największych katastrof w historii obu wsi, że znikną domy, mosty i drogi.
Około siedemnastej od zachodu nadciągają ciężkie, burzowe chmury. Burza zaczyna się gwałtownie. Najpierw przychodzi grad. Nie taki, który stuka przez chwilę w parapet i po kilku minutach topnieje na trawie. Największe ziarna mają według zachowanych relacji wielkość kurzych jaj. Kobiety pracujące w polach próbują chronić głowy wiklinowymi koszami. Mężczyzn chronią (kto wie, czy mniej czy bardziej?) noszone wtedy powszechnie filcowe kapelusze.
Ale grad jest tylko początkiem. Z nieba zaczyna lać się woda. I to lać dosłownie, w ilościach wręcz gigantycznych.
W ciągu bardzo krótkiego czasu woda, po stromych górskich stokach spływa szybko w dół (nie przejmuje się już spływaniem do strumieni i potoków, które nie są w stanie przyjąć takiej ilości deszczu) zabierając wszystko, co nie jest wystarczająco mocno związane z ziemią. Z pól znika (dosłownie!) wierzchnia, urodzajna warstwa gleby. W stokach powstają bruzdy przekraczające metr głębokości. Strumienie, które każdego innego dnia można przekroczyć kilkoma krokami, przeistaczają się w rwące potoki niosące błoto, kamienie, drzewa i fragmenty budynków. Zerwane zostają wszystkie mosty. Drogi znikają pod wodą albo przestają istnieć.
Według późniejszych relacji woda wymieszana z błotem i kamieniami miejscami sięga około pięciu metrów wysokości.
Najgorsze dzieje się jednocześnie w dwóch sąsiednich dolinach. Wójtowice leżą w dolinie niewielkiego, nawet dziś bezimiennego na wielu mapach potoku, będącego lewym dopływem Bystrzycy Łomnickiej. Zalesie leży po drugiej stronie grzbietu, w dolinie Drwiny. Tego popołudnia obie niepozorne doliny zamieniają się właściwie w dwa gigantyczne koryta odpływowe.
Mała uwaga dla tych, którzy lubią zaglądać na mapy: z nazwą Drwiny jest pewien kłopot. Opracowania opisujące katastrofę z 1882 roku nazywają Drwiną potok płynący przez Zalesie, podczas gdy część współczesnych map i danych hydrologicznych przypisuje tę nazwę także ciekowi w Wójtowicach. Ponieważ opowiadamy tutaj wydarzenia z 1882 roku, trzymamy się nazewnictwa użytego w źródłach opisujących tamtą katastrofę.
W Wójtowicach dwa gospodarstwa zostają całkowicie zniszczone, siedemnaście kolejnych domów i budynków gospodarczych jest poważnie uszkodzonych.
W Zalesiu z powierzchni ziemi znikają cztery gospodarstwa. Uszkodzony zostaje młyn i dwanaście dalszych budynków mieszkalnych i gospodarczych.
Wiemy to nie tylko z późniejszych kronik. Tydzień po katastrofie, 12 maja 1882 roku, śląskie czasopismo „Der Landwirth” drukuje apel o pomoc dla mieszkańców Voigtsdorf i Spätenwalde, czyli dzisiejszych Wójtowic i Zalesia. Autorzy apelu piszą wprost o domach zabranych przez wodę, zniszczonych drogach i mostach oraz ziemi wymytej z położonych wyżej pól.
I piszą o ofiarach. Dwanaście osób nie żyje. Giną także zwierzęta gospodarskie; współczesny wydarzeniom apel mówi o dziewięciu sztukach bydła porwanych przez wodę. Późniejsze kroniki różnią się w szczegółach, a nawet w liczbie i nazwiskach ofiar. Jedna z nich wymienia między innymi gospodynię Karolinę Jung z trójką dzieci, Renatę Jung z dwojgiem dzieci, córkę miejscowego kowala Ullricha oraz Marię Klar. Inne źródło, spisane pięćdziesiąt lat po tragedii, podaje mniejszą liczbę zabitych w samych Wójtowicach. Dlatego najbezpieczniej zostać przy informacji zapisanej zaledwie kilka dni po katastrofie: w Wójtowicach i Zalesiu zginęło łącznie dwanaście osób. I dziewięć sztuk bydła.
Ale woda nie zatrzymuje się w obu wsiach. Mniej więcej czterdzieści pięć minut po rozpoczęciu katastrofy fala spływająca przez Wójtowice dociera do doliny Bystrzycy Łomnickiej. W tym samym miejscu spotyka się z wodą, która schodzi doliną Drwiny przez Zalesie. I w jednej chwili dwie powodzie stają się jedną.
Następna jest Nowa Bystrzyca. W działającej tam fabryce papieru napór wody i błota niszczy ścianę czteropiętrowego budynku. Dolne pomieszczenia zostają zalane. Przez wieś przechodzą masy błota, kamieni, drewnianych belek i drzew wyrwanych razem z korzeniami. Na jej końcu tworzy się ogromne rumowisko, które na pewien czas całkowicie blokuje przejazd w stronę Bystrzycy Kłodzkiej.
Burza i powódź powodują szkody także niżej, ale najgorsze wydarzyło się w Wójtowicach i Zalesiu.
I jest w tej historii szczegół, który chyba najlepiej pokazuje gwałtowność tamtego popołudnia. Dziesięć dni później jest już połowa maja. Wiosna powinna robić swoje. Powinno być coraz cieplej, trawa powinna rosnąć, ludzie powinni naprawiać płoty, drogi i domy. A jednak w rowach i za ocalałymi budynkami nadal leżą ziarna gradu, które jeszcze nie stopniały…
Skala zniszczeń jest tak duża, że mieszkańcy sami nie są w stanie sobie z nimi poradzić. Z okolicznych miejscowości kierowani są ludzie do pomocy. Powstają brygady robotników usuwających kamienie, błoto, drzewa, odbudowujących drogi i próbujących przywrócić dostęp do gospodarstw. Łącznie pracuje w nich około 1200 osób.
Już 8 maja, trzy dni po katastrofie, do Wójtowic i Zalesia przyjeżdża prezydent rejencji wrocławskiej. Później zniszczone wsie odwiedza książę Albrecht Pruski, który przygotowuje raport dla cesarza Wilhelma I.
Cesarz przekazuje poszkodowanym 3000 marek. Komitet pomocy działający w Bystrzycy Kłodzkiej zbiera 27 350 marek i 23 fenigi. Starosta dokłada 2850 marek. Z królewskich lasów przekazanych zostaje bezpłatnie 255 metrów sześciennych drewna na odbudowę zniszczonych gospodarstw. Przywożona jest żywność oraz pasza dla zwierząt. Pomoc ma trafić przede wszystkim do 25 najbardziej poszkodowanych gospodarstw w Wójtowicach i 26 w Zalesiu.
Warto przy tych liczbach pamiętać, że nie były to wielkie miejscowości. W Wójtowicach mieszkało wtedy około sześciuset osób. W Zalesiu nieco ponad trzysta. Niemal każda rodzina musiała więc znać kogoś, kto stracił dom, gospodarstwo, zwierzęta albo człowieka.
Burza trwała któtko, zaledwie kilkadziesiąt minut, może niewiele dłużej. W Wójtowicach i Zalesiu jeszcze przez wiele lat można było jednak znaleźć miejsca, w których ziemia pamiętała, że 5 maja 1882 roku około siedemnastej nad Górami Bystrzyckimi pękło niebo.