ŚMIERK

Szymon Bogacz

Chłopiec stojący wśród świerków w lesie w Spalonej i dotykający pnia drzewa
Podobno drogę do Śmierku można poznać tylko wtedy, gdy pokaże ją ktoś, kto już zna jego tajemnicę. Fot. Szymon Bogacz

Jest takie miejsce w Spalonej, o którym dowiedziałam się dopiero niedawno.

To nie tak, że nie znam Spalonej. Przeciwnie, zdawało mi się, że znam każdy jej fragment. Mam dużo czasu, spaceruję, przyglądam się ludziom i budynkom. Rozmawiam. Poznaję ich historie. Czasem zakochuję się w jakimś miejscu od razu, czasem muszę oswajać się z nim dłużej, aż przekonam się do fragmentu lasu, góry czy drogi.

Ale to miejsce jest wyjątkowe. I być może dlatego przez spalonian tak chronione.

Zaprowadził mnie do niego chłopiec, którego często spotykałam nad stawem w Dolnej Spalonej. Tam, gdzie kończy się asfalt i wypływa strumień. Chłopiec zawsze wołał mnie z drugiego brzegu; krzyczał, czy nie mam ochoty wędkować razem z nim. Zgadzałam się, bo nie odmawiam dzieciom, które potrzebują towarzystwa czy zabawy.

Kiedy podchodziłam, wręczał mi wędkę z długiego bambusa, a na złoty haczyk nakładał ciasto z kaszy manny, mleka i masła. Łowiliśmy ryby, śmiejąc się, żartując i zazwyczaj wyciągając jedynie puste haczyki, na których nie było ani ryby, ani ciasta.

I pewnego dnia chłopiec zapytał:

– Chcesz coś zobaczyć?

Chciałam. A on rzucił swoją wędkę na trawę. Zrobiłam to samo, bo już wyciągał do mnie swoją brudną, małą dłoń. I poprowadził mnie w las.

Szliśmy długo. Tak długo, że zaczęłam się martwić, czy aby na pewno wie, dokąd mnie prowadzi. Kilka razy potknęłam się o połamane gałęzie albo wpadłam w głębsze rozpadliny. Chłopiec zgrabnie omijał wszelkie leśne przeszkody: ogromne, przekrzywione pnie powalonych drzew, głazy, zapadliska i wystające korzenie.

Wiele razy chciałam zawrócić albo się zatrzymać, odpocząć, zapytać, czy nie powinniśmy już wracać. Ale chłopiec, jakby wyczuwał moje myśli, odwracał się do mnie i uśmiechał tak szeroko i promiennie, że słowa cofały się z moich warg.

A potem dotarliśmy.

– To tu – rzekł dumnie i wskazał na coś, co według niego było tym wyjątkowym miejscem.

Ja nie dostrzegłam niczego szczególnego. Byliśmy w lesie, na niewielkim stoku, w cieniu ogromnych świerków. Wszędzie leżały takie same gałęzie, kamienie i gdzieniegdzie głazy. Oczywiście, tak jak w całej okolicy, rosły jagodowe krzaki. Zauważyłam także kilka dorodnych prawdziwków, ale chłopiec pokręcił tylko głową i wskazał dłonią miejsce obok siebie.

– Podejdź tu. Na ten kamień – powiedział.

Niepewnie weszłam dokładnie na kamień. Stanęłam na nim i uśmiechnęłam się bez przekonania. Nie rozumiałam, co mam zobaczyć albo poczuć. Rozglądałam się, jakbym oczekiwała, że zza drzew, a może wprost z ziemi, wyłoni się jakaś niespodziewana istota albo rzecz.

Kiedy spojrzałam na chłopca, nie uśmiechał się już. Był poważny, niczym dorosły, który wie, że to nie jest zwykłe miejsce. I który wie, że zaraz wydarzy się coś wyjątkowego. Należy tylko poczekać.

I wtedy się zaczęło. Poczułam lekkość. Może lepiej powiedzieć: świetlistość. I coś na kształt zupełnej wolności. Nie mogłam zrozumieć, co to jest. Ani czym to jest. Zrozumiałam jedynie, że to uczucie jest najbliżej… szczęścia. Ale nie było prawdziwym szczęściem. Było czymś więcej.

Wtedy dotarły do mnie hałasy. Szybkie kroki, dźwięk gałęzi łamanych pod ciężkimi stopami. Po chwili zza drzew wyłoniły się postaci. Kilkoro dorosłych, wśród których był sołtys, był leśniczy i inni mieszkańcy Spalonej, których dobrze znałam, z którymi przyjaźniłam się i których zawsze uważałam za bliskich sąsiadów.

Teraz jednak byli poważni, zdyszani i żaden z nich się nie uśmiechał. Na ich twarzach kwitło niezadowolenie, mówiąc oględnie. Zatrzymali się gwałtownie widząc mnie stojącą w „tym” miejscu. Tylko niektórzy rzucili wściekłe spojrzenie na chłopca. Ale większość patrzyła na mnie z wyczekiwaniem.

Chciałam zapytać, o co właściwie chodzi. Ale nie mogłam się odezwać. Nie byłam w stanie. Moje myśli płynęły inaczej niż zwykle. Były swobodne, radosne i, można powiedzieć, beztroskie.

Tak, nie czułam strachu. W mojej głowie rodziły się jedynie dźwięki. Jakbym słyszała melodię, którą dobrze znałam, choć w żaden sposób nie byłam w stanie jej rozpoznać.

I w końcu poczułam to. Zrozumiałam, że się unoszę, choć spojrzawszy na stopy, które nie oderwały się od kamienia ani na milimetr, miałam pewność, że to tylko fałszywe, choć piękne uczucie. Sołtys dotknął mojej dłoni. Uścisnął ją dość mocno, ale nie tak, by mnie skrzywdzić. Raczej po to, by nic mi się nie stało.

– Jak się czujesz? – zapytał.

Uśmiechnęłam się, podnosząc głowę ku koronom świerków. Tam, gdzie niebo, poprzetykane szarymi i białymi chmurami, oślepiało swoim błękitem.

– Co to jest…? – niemal wyszeptałam.

I nagle, jakby strzelił mnie piorun, jakie tylko tu potrafią uderzać w najwyższe drzewa, dotarło do mnie, co to jest za miejsce. Zrozumiałam, że to nie jest szczęście ani radość, ani nic z tak błahych rzeczy.

To jest poczucie, jakie mają ludzie, którzy wiedzą, że nigdy nie umrą.