Łapcie legendy, zanim znikną. Przekazujcie dalej, niech rozdmuchane rozchodzą się na wietrze.

Czarno-biała fotografia starej kamienicy w jasnej ramce z odbiciami ulicy widocznymi w szkle.

Szymon Bogacz

ZDJĘCIA Z PAMIĘCI

W Spalonej mieszka fotograf. Jak przystało na prawdziwego artystę, zamieszkuje starą sudecką chatę, która z zewnątrz wygląda, jakby chyliła się ku upadkowi, natomiast w środku… niewiele lepiej. Za to widok odpadającego z drewnianych belek tynku i sypiącej się z sufitu farby rekompensuje pracownia fotograficzna.

Żeby to dobrze wytłumaczyć — pracownia jest wszędzie. Wszystko jest pracownią. Wszędzie stoją jakieś przyrządy, powiększalniki, komputery, drukarki. Dwa pomieszczenia, wcześniej zapewne zwykłe izby, czyli współczesne sypialnie lub salony, przerobił na ciemnie. Nawet w łazience, która kiedyś musiała mieć niesamowity klimat — została wydzielona z jednej z izb — znajdują się jakieś odczynniki, segregatory, a także półki pod sufitem zastawione plastikowymi pudełkami pełnymi małych cylindrycznych kasetek zawierających filmy. Przez przezroczysty plastik prześwitywały setki pomarańczowych Kodaków. Od czasu do czasu zielone Fuji. A część kasetek była mi zupełnie nieznana.

Fotograf, którego imienia obiecałam nie zdradzać, oprowadzał mnie po swojej chacie w milczeniu. Niczego nie tłumaczył, nie wskazywał drogi. Nie był też zbytnio zainteresowany moją reakcją na sprzęty, kasetki, dziesiątki obiektywów najróżniejszego rodzaju i budowy ani w końcu na zdjęcia.

Tych ostatnich nie było zresztą wiele. Ot, kilka w głównej izbie. Jakby zostały tu postawione — a może zostawione — przypadkowo. Kiedy wzięłam jedną z ramek do ręki, machnął tylko lekceważąco dłonią i zaprosił mnie na kanapę.

Nie wiem, kiedy zdążył zaparzyć kawę. Przez niewielkie okno wpadało ostre światło sierpniowego słońca. Wypalało na podłodze, zrobionej ze starych, wytartych z farby desek, złoty prostokąt, który na chwilę przykuł moją uwagę.

Fotograf też to zauważył. A raczej wychwycił moje zainteresowanie i przyglądał mi się dopóty, dopóki nie poczułam jego palącego spojrzenia.

Kiedy oderwałam wzrok od słonecznego prostokąta i zwróciłam się ku mężczyźnie, nie odwrócił spojrzenia. Przyglądał mi się bez zażenowania. I wtedy zrozumiałam, że ja również nie czuję zażenowania.

On po prostu miał przed sobą obiekt, który mógł uwiecznić na kliszy. Ja byłam tym obiektem. Ja, przyglądająca się wypalanemu przez słońce na podłodze złotemu prostokątowi.

— Chcesz mi zrobić zdjęcie? — zapytałam, a on drgnął, jakbym sprowadziła go z odległego miejsca w jego wyobraźni. Machnął ręką, a potem uśmiechnął się, nieco przepraszająco, jakby zrozumiał, że ten gest był nieco niefortunny.

Odwiedziny w chacie fotografa były czystym przypadkiem. Znaliśmy się od jakiegoś czasu, choć rzadko widywano go w okolicy. Raczej nie pokazywał się w Spalonej. Podobnie w Bystrzycy czy gdziekolwiek indziej w Kotlinie. A jeśli już udało się go spotkać, nie ciągnął długo rozmowy. Choć nie był nieuprzejmy ani gburowaty, po prostu nie interesowały go kontakty z ludźmi.

Przynajmniej tak o nim myślałam. Myślałam, że chce być sam. Albo że ma jakąś ważną pracę, że znika gdzieś w świecie, a tutaj wraca, kiedy ma kaprys. Albo kiedy potrzebuje odpoczynku.

Dlatego zaskoczył mnie jego widok przed chatą, kiedy wracałam ze spaceru z wodospadu Młoty. Siedział na starej ławce zbitej z dwóch desek i dwóch pieńków służących za nogi. Opierał się o czarne belki chaty. I patrzył na mnie. Patrzył już z daleka.

Uśmiechnął się nieznacznie, kiedy się zbliżyłam. Przywitałam się i zapytałam, czy mogę wejść. Nie czekając, aż potakująco skinie głową — choć zrobił to, jakby od początku czekał na moją propozycję — weszłam do środka.

Na widok wnętrza chaty, tej pracowni i wszystkiego, o czym opowiedziałam, na moment mnie zamurowało. A później ruszyłam. Nogi same mnie poniosły, jakbym zwiedzała muzeum albo galerię.

— Nie muszę ci robić zdjęć — powiedział.

Wypił porządny łyk kawy z dużego, białego kubka bez ucha i wstał. Poszedł do jednej z izb, a po chwili wrócił. W ręce trzymał album. Podał mi go i usiadł z powrotem na trzeszczącym, rozkładanym, czarnym krześle.

Otworzyłam album bez wahania i w jednej chwili krew odpłynęła mi z twarzy. Zabrakło mi tchu.

— To jestem ja…!

Myślałam, że krzyczę, ale z gardła wydobył mi się tylko suchy charkot. Spojrzałam na niego. Jego twarz nie zdradzała emocji. Widziałam na niej raczej delikatne zaciekawienie. Jakby nie rozumiał, że robienie komuś zdjęć z ukrycia, niemal intymnych…

— Kurwa… — jęknęłam, widząc zdjęcia siebie śpiącej we własnej sypialni. Byłam odkryta. Jedna zupełnie obnażona pierś stanowiła centrum kadru. Patrzyła prosto w górę, celowała w obiektyw niczym wielkie oko.

Chciałam na niego krzyczeć, ale jednocześnie coraz szybciej przewracałam strony albumu. Zatrzymałam się dopiero w chwili, kiedy moim oczom ukazałam się ja… ja wpatrzona wprost w obiektyw.

Ja.

Wpatrzona.

W obiektyw.

— Ale kiedy…? — chciałam zapytać, choć dobrze wiedziałam, że nigdy nie było takiej sytuacji. On ani nikt inny nie robił mi zdjęć w moim domu w Spalonej.

Nigdy.

Nikt.

A że był to mój dom, poznałam od razu. Za mną znajdowała się mała kuchnia. Za jej oknem widniał daleki, łysy stok Kopy Zamkowej. Miałam na sobie bluzkę…

— To zdjęcie zrobiłem z pamięci.

Z czego? Chciałam zapytać, ale zrozumiałam, że zadanie tego pytania będzie równie bezsensowne jak to, co właśnie powiedział.

— Z pamięci. Te wszystkie zdjęcia są z pamięci.

I wtedy zaczął mówić. Pierwszy raz słyszałam tyle słów płynących z jego ust. Miał mocny, niski głos, od którego w pierwszej chwili dostałam gęsiej skórki. Zarost na jego twarzy był rzadki, ale bardzo ciemny. I przede wszystkim dopiero kiedy opowiadał, jego twarz przybrała piękny wyraz człowieka, któremu nic nie jest obojętne.

— Zdjęcia z pamięci. Wiem, jak absurdalnie to brzmi. Ale to się naprawdę dzieje. Zdarzyło się po raz pierwszy, kiedy robiłem sesję na plaży pod Wenecją. Zwykła sesja, ogromna plaża i bardzo mało ludzi, bo był listopad. Słońce mi dopisało. Nam. Ona, modelka z Włoch, której agencja zamówiła tę sesję, a ja się uparłem, że musimy zrobić próbę. Nie różniła się od tysięcy dziewczyn w jej wieku. I niestety nie miała w sobie nic wyjątkowego. Owszem, była piękna, ale tak samo piękna jak inne modelki. Taki mamy kanon, chciałoby się rzec. Ruszała się tak samo. Realizowała polecenia. Praca szła dobrze.

Zamilkł na chwilę.

— I nagle coś mnie tknęło. Nie pamiętam, co takiego. Krzyknąłem, bo w tamtej chwili robiłem zdjęcia z oddali. Ona się zatrzymała, a ja, wpatrując się w nią przez obiektyw, zrozumiałem, że tak niewiele brakuje, żeby to zdjęcie wyszło wyjątkowe. Żeby było wręcz unikatowe. Genialne. Chciałem coś jej powiedzieć, ale nie miałem pojęcia, co to miałoby być. Miała inaczej stanąć? Spojrzeć? A może to ja powinienem coś zmienić? Już miałem nacisnąć spust migawki, ale właśnie wtedy zamknąłem oczy. I wyobraziłem to sobie. To, czego zabrakło. Wyobraziłem dokładnie to, co chciałem zobaczyć. I dopiero wtedy, bez otwierania oczu, zrobiłem zdjęcie. Niejedno. Kilkadziesiąt. Naciskałem spust migawki bez opamiętania. A potem… Ta sesja okazała się genialna. Taka, jak chciałem. Niesamowita. I taki był początek.

— A moje zdjęcia? — zapytałam już dużo spokojniejszym głosem.

— Tak samo. Z tą różnicą, że już nie muszę kierować obiektywu na obiekt. Wystarczy, że dobrze się przypatrzę. A potem… samo się robi. I przysięgam, nie byłem w twoim domu. Nigdy. Ale czuję się, jakbym był…

Dopiero teraz lekko się zakłopotał. Spuścił na moment głowę i zrozumiałam, że nie wie, co powiedzieć.

— Dlaczego mi to pokazałeś? — zapytałam.

Kiedy podniósł głowę miał wyraz twarzy, który mnie zaskoczył. Jego oczy płonęły, jakby dotarł do momentu, w którym musi wydarzyć się coś ważnego.

— Bo nie potrafię już robić normalnych zdjęć. A chcę do tego wrócić. Do tamtych niedoskonałości. Do zepsutych klisz. Do przypadkowych, świetnych ujęć.

— I ja mam ci w tym pomóc? — zapytałam, znając odpowiedź.

— Tak.

— Dobrze — odparłam bez wahania. — Od czego zaczniemy?

Kiedy zerwał się z krzesła, nie wiedziałam, czy chce się na mnie rzucić i mnie uściskać, czy chwycić najbliższy aparat fotograficzny. Jednak po trzech sekundach nagle stracił zapał i klapnął z powrotem na krzesło.

— Nie wiem… — pokręcił głową.

Rozejrzałam się po chacie. Nie miałam żadnej myśli, żadnego planu. Może właśnie dlatego mogło się udać.

Podeszłam do jedynego aparatu, jaki znałam. To był Zenit. Nie miał filmu, ale w szufladzie komody znalazłam akurat taki, który pasował.

Założenie filmu nie było proste, choć to przecież prosta czynność. Taka, której się nie zapomina.

Potem skierowałam obiektyw na niego. Ustawiłam odpowiednią przysłonę — jasną — i czas. Naciągnęłam film i nacisnęłam spust migawki.

— Teraz ty — powiedziałam. — Nauczę cię.