Dokąd właściwie płynie ta cała woda?

Górski potok płynący przez las w Górach Bystrzyckich na Ziemi Kłodzkiej
Na początku nie wygląda to szczególnie poważnie. Trochę wody między kamieniami, mech, las i niewielki górski potok. A jednak właśnie od takich miejsc zaczynają się podróże do wielkich rzek i mórz. Fot. Owczy Pasterz

Kiedy pada w Spalonej, człowiek zazwyczaj nie zastanawia się, dokąd właściwie płynie ta cała woda. Raczej zastanawia się, czy zostawił poduszki na tarasie, czy okna na poddaszu są zamknięte, czy goście zabrali suszące się na balustradzie ręczniki i dlaczego prognoza pogody, która jeszcze dwie godziny wcześniej pokazywała piękne słońce, teraz z właściwą sobie bezczelnością informuje, że deszcz pada i będzie padał przez następne trzy godziny, co można przecież ustalić samodzielnie, patrząc przez okno. Woda tymczasem spada sobie spokojnie na dachy, świerki, asfalt Autostrady Sudeckiej, jagody, samochody, ludzi, którzy nie zabrali kurtek, i na wielkie górskie łąki, po czym zaczyna robić to, do czego została stworzona, choć nie jestem pewien, czy wodę można uznać za stworzoną i czy ona sama zgodziłaby się z takim antropocentrycznym postawieniem sprawy.

W każdym razie zaczyna płynąć.

I tu robi się ciekawie. Bo gdzieś wysoko w tych górach istnieje granica, której nie widać. Nie ma płotu ani szlabanu. Nie stoi tam budka z panem z polskich albo czeskich służb wodnych, który sprawdza kroplom dokumenty i kieruje jedne w lewo, a drugie w prawo. Nie ma nawet tablicy UWAGA! OD TEGO MIEJSCA MORZE PÓŁNOCNE, choć przyznaję, że taka tablica bardzo by mi się podobała. A jednak granica istnieje i nazywa się działem wodnym.

Po jednej jej stronie woda zaczyna podróż, która prowadzi przez potoki i rzeki Ziemi Kłodzkiej do Nysy Kłodzkiej, potem do Odry, a z Odrą aż do Bałtyku. Po drugiej stronie Gór Bystrzyckich i Orlickich część wód spływa w stronę Dzikiej Orlicy, która należy już do dorzecza Łaby. Dzika Orlica łączy się później z Cichą Orlicą, wspólnie tworzą Orlicę, a ta dociera do Łaby i razem z nią przez Czechy i Niemcy zmierza ku Morzu Północnemu. Czeskie służby hydrologiczne zaliczają dorzecze Dzikiej Orlicy właśnie do systemu górnej i środkowej Łaby.

Lubię myśleć o dwóch kroplach deszczu spadających z tej samej chmury gdzieś wysoko w naszych górach. Lecą obok siebie, prawdopodobnie nie mając żadnych planów życiowych ani sprecyzowanych poglądów geograficznych, po czym jedna uderza o ziemię po tej stronie grzbietu (kamienia), a druga po tamtej. I od tego momentu właściwie wszystko je dzieli. Jedna popłynie w stronę Bałtyku. Druga będzie się przedzierać przez czeskie góry, Czechy i Niemcy ku Morzu Północnemu. Nigdy się już nie spotkają, chyba że za kilka tysięcy albo milionów lat w ramach cyklu hydrologicznego, na który nie mam dziś ani czasu, ani wystarczającej wiedzy, żeby go tutaj rozpatrywać. Choć przyznaję, że trochę mnie to wzrusza.

Większa część naszej wodnej historii związana jest jednak z Nysą Kłodzką. To ona zbiera wodę z ogromnej części Ziemi Kłodzkiej, przyjmując po drodze rzeki o bardzo różnych charakterach, jakby urządzała jakiś wielki sudecki zjazd rodzinny, na który każdy przychodzi z innej strony i z innym temperamentem. Są więc Biała Lądecka, Bystrzyca Dusznicka, Ścinawka, Wilczka, Bystrzyca Łomnicka i dziesiątki potoków, strumieni oraz cieków, których nazw nie zna prawdopodobnie nikt poza ludźmi mieszkającymi obok nich, kartografami i osobami sporządzającymi operaty wodnoprawne, co jest szczególnym rodzajem wiedzy, której człowiek nie pragnie, dopóki nie okazuje się, że musi ją posiąść.

Wody Polskie traktują zlewnię Nysy Kłodzkiej jako jeden wielki system, w którym poszczególne rzeki, doliny i mniejsze zlewnie są ze sobą połączone znacznie bardziej, niż można by przypuszczać, patrząc na nie z mostu w Lądku, Dusznikach czy Bystrzycy Kłodzkiej. I właściwie dopiero na mapie widać, że wszystkie te pozornie osobne wody układają się w coś przypominającego układ krwionośny tej ziemi.

Jest też nasza Bystrzyca Łomnicka, która interesuje mnie z powodów właściwie osobistych, choć sama przez Spaloną nie przepływa. Ze Spalonej do Młotów idzie się wzdłuż wartkiego strumienia, który zbiera wodę spływającą z tutejszych stoków i dopiero w Nowej Bystrzycy wpada do Bystrzycy Łomnickiej. Co jest dla mnie szczególnie zabawne, a może po prostu znaczące, co najmniej trzy źródełka (odkryte podczas prac ziemnych) wybijały jeszcze niedawno właściwie na terenie Owcy. Dziś ich wodę wyprowadzają dreny, ale ona oczywiście nie znika, tylko robi to, co woda zwykle robi najlepiej: znajduje sobie drogę w dół, łączy się w strumień i rusza ku Nowej Bystrzycy.

Tam wpada do Bystrzycy Łomnickiej, która ma już za sobą Młoty i Wójtowice, a potem płynie dalej przez Nową Bystrzycę i Starą Bystrzycę w stronę Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie oddaje swoją wodę Nysie Kłodzkiej. Czyli można powiedzieć, że część deszczu spadającego na dach Owcy rozpoczyna tutaj całkiem poważną podróż ku Bałtykowi, choć na początku wygląda to tylko jak woda z drenów, kilka źródełek i strumień ginący między trawami.

Lubię tę myśl znacznie bardziej niż wszystkie fachowe definicje zlewni. Bo nagle okazuje się, że woda spod naszych nóg nie jest wcale lokalna. Nie należy do Spalonej, Nowej Bystrzycy, Młotów ani nawet do Ziemi Kłodzkiej. Jest tylko przez chwilę nasza. Przepływa obok, przeciska się przez ziemię, wychodzi ze źródła, spada ze stoku, pojawia się w rowie, wpływa pod drogę, wypływa po drugiej stronie i rusza dalej, zupełnie nie zainteresowana tym, że człowiek właśnie nazwał ją strumieniem, potokiem, dopływem trzeciego rzędu albo wodą opadową.

Każda z większych rzek Ziemi Kłodzkiej jest zresztą trochę inna, choć na mapie wyglądają podobnie, ponieważ kartografowie z jakiegoś powodu postanowili wszystkie malować na niebiesko.

Biała Lądecka jest dla mnie rzeką kamieni. Nawet kiedy płynie spokojnie, ma w sobie coś górskiego, coś, co nie pozwala uwierzyć w ten spokój do końca. Płynie przez dolinę, zbiera wody schodzące z masywu Śnieżnika, Gór Bialskich i Złotych, przechodzi przez okolice Stronia Śląskiego i Lądek-Zdrój, a potem rusza w stronę Nysy. Są miejsca, gdzie człowiek patrząc na nią odnosi wrażenie, że góry stoją za blisko siebie i ktoś powinien je odrobinę rozsunąć, żeby zostawić wodzie więcej miejsca.

Wilczka robi coś jeszcze bardziej demonstracyjnego, bo w Międzygórzu zamiast po prostu płynąć, postanawia spaść z hukiem i tworzy jeden z najbardziej znanych wodospadów Sudetówwodospad Wilczki. Można oczywiście tłumaczyć to budową geologiczną, erozją, progiem skalnym i tysiącami lat pracy wody, ale można też przez chwilę przyjąć prostsze wyjaśnienie, że Wilczka najwyraźniej lubi zwracać na siebie uwagę.

Bystrzyca Dusznicka ma z kolei charakter nieco uzdrowiskowy, choć oczywiście sama o tym nie wie. Przepływa przez Duszniki-Zdrój i Polanicę-Zdrój, pojawia się obok parków, mostków, pensjonatów, domów i miejsc, w których ludzie przyjechali odzyskać zdrowie albo przynajmniej na kilka dni zapomnieć o pracy. Potrafi wyglądać jak dobrze wychowana miejska rzeka, po czym wystarczy odpowiednio dużo deszczu w górach, żeby przypomniała wszystkim, skąd właściwie przyszła.

Ścinawka natomiast jest rzeką, której powinno się wręczyć jakiś medal za konsekwentne lekceważenie granic państwowych. Zaczyna w Polsce, płynie do Czech jako Stěnava, przechodzi przez okolice Meziměstí i Broumova, po czym stwierdza najwyraźniej, że wystarczy tej zagranicy, i wraca do Polski w okolicach Tłumaczowa. Później przepływa przez Ścinawki i zmierza ku Nysie Kłodzkiej. Cała ta skomplikowana polsko-czeska historia nie robi na niej najmniejszego wrażenia. Rzeka była tu przed przejściami granicznymi, przed Republiką Czeską, Czechosłowacją, Prusami i większością naszych narodowych problemów, więc trudno wymagać, żeby nagle zaczęła przejmować się administracją.

A Nysa Kłodzka bierze to wszystko na siebie. Płynie przez Międzylesie, Długopole, Bystrzycę Kłodzką, Kłodzko, potem wciska się pomiędzy Góry Bardzkie i tam, zamiast wybrać jakąś rozsądną prostą drogę, zaczyna kręcić, tworząc Przełom Bardzki. Później wydostaje się z gór, przechodzi przez kolejne miejscowości i zbiorniki, aż w końcu wpada do Odry. Od tego momentu wszystkie nasze Białe Lądeckie, Bystrzyce, Wilczki, strumienie ze Spalonej i źródełka z Owcy przestają istnieć pod własnymi nazwami.

Są Odrą. A potem Bałtykiem.

Kiedy się nad tym zastanowić, Ziemia Kłodzka jest właściwie wielkim naczyniem zrobionym z gór, tylko naczyniem wyjątkowo dziurawym, pełnym szczelin, źródeł, potoków, dolin i miejsc, przez które woda próbuje się wydostać. Spada ze Śnieżnika, Gór Złotych, Bialskich, Stołowych, Bystrzyckich i Orlickich, zbiera się, łączy, przyspiesza, zwalnia, przepływa pod mostami, wokół kamieni, przez miasta i wsie. Ludzie od stuleci próbują tę wodę wykorzystywać, zatrzymywać, przekierowywać, piętrzyć, puszczać kanałami, kręcić nią koła młynów, produkować energię, budować obok niej domy i drogi, a czasami także przekonywać ją, że powinna płynąć dokładnie tam, gdzie jej kazaliśmy.

I mniej więcej w tym miejscu należy przypomnieć, że rzeki nie czytają projektów budowlanych. Ziemia Kłodzka wie o tym aż za dobrze. Tutejsze rzeki są piękne, ale nie są łagodne i chyba błędem byłoby je w taki sposób opisywać. Kiedy w górach długo pada albo w krótkim czasie z nieba spada ilość wody, której ziemia, las i dolina nie są już w stanie przyjąć, spokojny strumień potrafi w ciągu kilku godzin stać się czymś zupełnie innym. Historia tej ziemi jest więc także historią powodzi, zerwanych mostów, zalanych domów i ludzi, którzy po raz kolejny próbują przekonać rzekę, że następnym razem powinna zachować się rozsądniej.

Po wrześniu 2024 roku nazwy Biała Lądecka, Nysa Kłodzka czy Wilczka dla wielu mieszkańców znaczą coś zupełnie innego niż dla turysty stojącego z telefonem nad pięknym górskim potokiem. Powódź najmocniej uderzyła właśnie w część zlewni Nysy Kłodzkiej, szczególnie w dolinę Białej Lądeckiej, a odbudowa, zabezpieczanie rzek i dyskusja nad tym, jak w przyszłości dać wodzie więcej miejsca, stały się jednym z najważniejszych tematów regionu. Wody Polskie jeszcze w marcu 2026 roku prezentowały opracowane po powodzi Studium Redukcji Ryzyka Powodziowego w zlewni Nysy Kłodzkiej, obejmujące zarówno rozwiązania techniczne, jak i działania związane z retencją oraz pozostawianiem rzekom większej przestrzeni tam, gdzie jest to możliwe.

Nie odbiera im to jednak piękna. Może nawet przeciwnie. Przypomina tylko, że nie wszystko, co piękne, musi być posłuszne.

ALT: Górski strumień w lesie w Górach Bystrzyckich, płynący między omszałymi skałami w stronę Nowej Bystrzycy.
Ten sam górski strumień spływający ze Spalonej w stronę Nowej Bystrzycy, tu przeciskający się przez wąską, zacienioną dolinkę między omszałymi skałami, głazami i bukowym lasem. Niewielki, ale wartki — po drodze zbiera wodę ze stoków Gór Bystrzyckich, by niżej połączyć się z Bystrzycą Łomnicką. Fot. Owczy Pasterz

I dlatego chciałbym za tymi rzekami trochę pochodzić. Nie wszystkimi naraz, bo wyszedłby z tego podręcznik hydrologii, a ja po pierwsze nie jestem hydrologiem, po drugie prawdopodobnie zanudziłbym się już przy trzeciej tabeli przepływów, a po trzecie rzeki zasługują na coś lepszego niż zestawienie długości, powierzchni zlewni i średniego przepływu w metrach sześciennych na sekundę.

Pójdziemy więc osobno nad Nysę Kłodzką, zobaczymy ją w Bystrzycy, Kłodzku i Bardzie. Pojedziemy nad Białą Lądecką, żeby sprawdzić, jaka jest dziś i jak bardzo krajobraz wokół niej pamięta wielką wodę. Zajrzymy do Bystrzycy Dusznickiej. Pójdziemy za Wilczką. Wrócimy do Młotów, do wodospadu i naszej Bystrzycy Łomnickiej. Kiedyś pojedziemy także nad Ścinawkę i być może przekroczymy z nią granicę kilka razy, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście robi to na niej jakiekolwiek wrażenie.

A na końcu albo może zupełnie nie na końcu, pojedziemy na drugą stronę gór, nad Dziką Orlicę. Bo najbardziej fascynuje mnie właśnie to, że wystarczy znaleźć się po właściwej stronie górskiego grzbietu, żeby trafić na wodę, która ma zupełnie inne plany.

Nie chce do Odry. Nie chce do Bałtyku. Płynie sobie przez czeskie góry w stronę Łaby i kiedy my będziemy już dawno zajmować się czymś zupełnie innym, być może sprzątać pokoje, gotować obiad, pisać kolejną Opowieść z Kotliny albo bezmyślnie patrzeć na deszcz za oknem, ona będzie po prostu robiła swoje.

Będzie płynąć do morza. Tylko innego.