
Część gości – i to większa część – przyjeżdża zimą, żeby jeździć.
Po prostu wyjeździć się. Wyszaleć. Naładować baterie ruchem na stokach niebieskich czy czarnych.
Do nich należą moi przyjaciele z Warszawy – Agata i Radek z synem Nikosiem. Uwielbiają stoki. W tym roku zachwycili się Deštné, totalnie pokochali Říčky w Czechach. Z radością wrócili na stok w Orlickie Zahory. Zjechali kilka razy w Osmelakowej Dolinie. Przybili piątkę Zieleńcowi.
I o to im chodzi. To jest ich zima. Ich sposób na ładowanie baterii.
Ale są też inni goście. Tacy, którzy zimę wolą obserwować powoli. Zza okien sali. Z wygodnych foteli. Z książką, planszówką, herbatą.
Tak – są tacy, którzy całymi dniami wylegują się w sali Owcy. Czytają. Grają. Patrzą, jak słońce odbija się w śniegu tak mocno, że aż boli. I tak właśnie zimują.
To jest ich zima. Ich sposób na odpoczynek.
Są też tacy, którzy… nie widzą niczego.
Jeżdżą, jakby musieli. Bo tak się przecież robi zimą. Zmuszają do tego innych, bo karnet już kupiony i nie może się zmarnować. Wieczorem muszą biesiadować do upadłego, bo tylko tak to sobie wyobrażają.
Być może tak właśnie czują się dobrze. Być może to jest ich droga – szybka, nerwowa, męcząca.
Ale nikt nie może im pokazać innej. Na to trzeba wpaść samemu – że można inaczej.
Bo z takiej zimy często zostaje tylko zmęczenie i frustracja. A potem w pracy mówi się, że trzeba odpocząć… po urlopie.
Choć kto wie. Może to też jest jakieś szczęście. Bo ponoć każdy ma własne…
A ja, Owczy pasterz, życzę wszystkim, by choć raz w roku spotkał ich ten moment, w którym pomyślą, że po prostu są szczęśliwi. Życzę to tym, którzy i tak to wiedzą. I życzę tym, którzy tego szukają. I tym, którzy nie zawracają sobie głowy słowem „szczęście”. A dobrze, by spotkał ich w śniegu po kolana. W radości dziecka. I w momencie, kiedy jest już wszystko jedno.