
Śnieg na przełomie grudnia i stycznia padał jak szalony. Zasypywał wszystko. Dosłownie wszystko.
Auta przypominały zaspy. Śnieg wciskał się w uszy, oczy, do gardła. A ja odśnieżałem. Łopatą. Odśnieżarką. Czym się dało.
Praca była na okrągło, bo po godzinie odśnieżania znów nie dało się ani wyjechać, ani wjechać do Owcy. Pługi po drodze jeździły tak często, jak tylko mogły, ale tu nic nie dzieje się raz na zawsze. Tu wszystko wraca. Śnieg też.
To nie jest tak, że nie lubię zimy. To nie jest też tak, jak w tym kawale o facecie, który kupił domek w Sudetach, a potem miał go dość.
To jest tak, jak tu – na Przełęczy Spalona.
Tu musi wiać.
Tu musi zasypywać.
Tu trzeba odśnieżać.
Tu trzeba iść pod wiatr.
A potem trzeba umieć odpoczywać.
Usiąść w sali, przy dużym kubku czarnej kawy i patrzeć jak wiatr unosi tumany śniegu, jak zasypuje drogę i taras.
Odśnieżanie i śnieg to coroczna esencja Spalonej. Esencja Owcy z widokiem.
To jest coś, za czym czasem tęsknię.
Bo kiedy nie ma śniegu, kiedy wokół panuje szarość i zgaszony, wyblakły brąz, to jednak chce się zobaczyć choćby dwadzieścia centymetrów białego na balkonie.
(A tej zimy jest go około sześćdziesięciu).
Śnieg i Spalona mają w sobie coś z odcięcia od świata.
Tej zimy znowu jeździłem po moje dziewczyny – te, które najlepiej na świecie przygotowują śniadania dla gości. Bały się przyjechać, bo ich auta zwyczajnie nie są do tego stworzone.
Więc o piątej rano wychodziłem z łopatą. A po dwudziestu minutach przekopywania się przez metrową zaspę ruszałem w drogę. A już po stu metrach miałem duszę na ramieniu.
Przed pierwszym zakrętem mój mały samochód z napędem na cztery koła tańczył jak szalony w trzydziestu centymetrach świeżego śniegu. Odśnieżarka jeszcze nie przejechała. Dopiero przed szóstą ruszała w górę. Codziennie mijałem ją w Starej Bystrzycy.
Ten krótki odcinek – kilka zasypanych zakrętów – to istny koszmar. Dla kierowców. Dla pługów. Dla ciągników. Dla tych, którzy zatrzymali się i nie mogli ruszyć dalej.
Tak już jest w Spalonej, powtarza kiwając z uśmiechem głową sołtys. Trzeba to przetrwać.
I trzeba pamiętać o kilku podstawowych rzeczach:
Że trzeba mieć łańcuchy.
Że nie wolno zatrzymywać się jadąc pod górę – jadący w górę mają pierwszeństwo.
Że trzeba mieć nerwy ze stali. Bo tu nie można popełnić błędu. Błędy kończą się w rowie. W najlepszym razie.
Kiedyś ten odcinek drogi miał siatki, które w jakimś stopniu chroniły przed powstawaniem tak ogromnych zasp. Odśnieżarka z wirnikiem, wyrzucająca śnieg daleko w las, byłaby lepszym rozwiązaniem. Bo pług tylko odsuwa śnieg – a odsunięty śnieg zaraz wraca na drogę…
Ale za to wszystko trzeba zapłacić.
A droga traktowana trochę po macoszemu raczej odstrasza, niż zachęca turystów. A przecież im więcej ludzi zimą w Spalonej, tym więcej podatków i opłaty miejscowej trafia do gminy. Ale to już sprawa dla większych.
Ja, Owczy Pasterz, mogę tylko pomagać wyciągać ludzi z zasp. Posypywać piaskiem i solą drogę tym, którzy nie mogą ruszyć. I powtarzać w kółko:
– łańcuchy,
– napęd na przód albo cztery koła,
– pełny bak paliwa.
I jeszcze jedno:
jeśli nie masz umiejętności – odpuść.
Ale tych, którym uda się dojechać na wysokość około ośmiuset metrów nad poziomem morza, czeka nagroda.
Okolica najpiękniejsza na świecie.
Biegówki.
Stoki.
Schronisko.
Owca.
Lasy.
I czeskie trasy – biegowe i zjazdowe – tuż za miedzą.
